Biernacki

Jerzy Biernacki

Nagrody im. Józefa Mackiewicza i Witolda Hulewicza,
czyli kultura drugiego obiegu

 

Wyżej wymienione nagrody, mimo iż finansowo znacznie niższe od takiej na przykład Nagrody Nike, charakteryzuje się jako prestiżowe. Więc dlaczego „kultura drugiego obiegu”? A, to się wyjaśni w toku dalszej lektury tego tekstu. 

 

Przejdźmy zatem od razu do tegorocznych edycji tych nagród, 10. Nagrody Mackiewicza i 16. Hulewicza.

Główna Nagroda im. Józefa Mackiewicza przyznana została, co nietypowe (dotychczas preferowano prozę i prace historyczne), poecie, Wojciechowi Wenclowi, za głośny już i budzący skrajne reakcje tom wierszy pt. De profundis

 

Mówiąc o „skrajnych reakcjach”, tj. całkowicie przeciwstawnych, nie mam na myśli wcale głosów, powiedzmy, z dwu opozycyjnych wobec siebie obozów moralno-politycznych, lecz takie, które pochodzą ze środowiska światopoglądowo bliskiego poecie. A jednak bywają niszcząco krytyczne, jak np. tekst Andrzeja Horubały, zdaje się w „Uważam Rze”, sprzed kilku miesięcy. Tymczasem, jak mówił laudator laureata, Rafał Ziemkiewicz: „Słowo poetyckie tym różni się od języka prozy, czym sprężone powietrze od powietrza, którym oddychamy na co dzień. To sprężone ma w sobie energię zdolną poruszać maszyny czy kruszyć przeszkody. I właśnie taką energię niesie ze sobą wielka poezja, do której zaliczam tom De profundis”. I dodał: „Mała książeczka, krótkie strofy, ale lektura na długie miesiące. Bo są w tych wierszach ogromne emocje, jest dyskusja z wielka polską tradycją”.

 

Wiersze te to hołd złożony przez młodego poetę powstańcom warszawskim, żołnierzom wyklętym, ofiarom ubeckich oprawców, a także ofiarom tragedii smoleńskiej, ludobójstwa katyńskiego, rzezi ukraińskich rezunów. To szczególna, bolesna i tragiczna w swej wymowie, summa polskich dziejów najnowszych i zarazem próba odnalezienia ich duchowego sensu. „To poezja obywatelska, patriotyczna, wyrastająca z tradycji romantycznej, ale w swej najgłębszej warstwie na wskroś polityczna, dlatego laur Mackiewiczowski słusznie jej się należy” – konkludował autor laudacji.

Ogłaszając werdykt kapituły Nagrody, przewodniczący Marek Nowakowski, przypomniał laureatów poprzednich dziewięciu jej edycji, wśród których są takie nazwiska jak Ewa i Władysław Siemaszkowie, autorzy unikalnego dzieła o ludobójstwie ukraińskim na Polakach na Wołyniu, czy Marek Jan Chodakiewicz, wyróżniony nagrodą za pracę przywracającą prawdę o wydarzeniach z okresu okupacji w Ejszyszkach. Przypomnijmy w tym miejscu, że zawołaniem Nagrody im. Józefa Mackiewicza są jego słowa: „Jedynie prawda jest ciekawa”.

 

Dwa wyróżnienia otrzymali: Szczepan Twardoch, 32-letni prozaik ze Śląska, za powieść pt. Wieczny Grunwald oraz dwakroć starszy od swego kolegi eseista i prozaik z Warszawy, Janusz Węgiełek, za powieść Wiślany szlak. Pierwszy z wyróżnionych ma już za sobą trzy powieści i zbiory opowiadań, a także wydane przed rokiem eseje pt. Wyznania prowincjusza. Jego proza wyrasta niejako z science fiction, ale jednocześnie ma w sobie walory polityczne, psychologiczne i historyczne.   

 

Laudator laureata, Maciej Urbanowski nazwał jego wyróżnioną powieść „fantasmagorią na temat Matki-Polki, napisaną mocno stylizowanym językiem, sięgającym do staropolszczyzny aż po zdehumanizowaną polszczyznę kresu czasów. To gorzka lektura – powiedział – ale jej mądry sceptycyzm jest nam równie potrzebny, jak dające ukojenie optymistyczne wizje.” Rzecz interesująca, Twardoch w jednym z wywiadów niezwykle krytycznie ocenił wiersze z tomu De profundis Wencla, co tylko potwierdza jedno z powyższych spostrzeżeń. No, cóż, pisarze to mieszkańcy różnych niekompatybilnych światów!

 

Zamiast charakterystyki Wiślanego szlaku Węgiełka, niegdyś laureata Nagrody Kościelskich za Pochwałę szpiega, przytaczam konkluzję autora laudacji, Tomasza Burka: „Odtworzenie praścieżki, którą niegdyś wydeptali flisacy, nie miałoby sensu gospodarczego czy militarnego, lecz mogłoby odsłonić podróżnemu tajemne oblicze Polski. […] Gra toczy się o najwyższą stawkę, o los i tożsamość narodu, bo jeśli nie zdołamy na nowo odkryć Wisły, matki naszych rzek, to stracimy ją na zawsze”.

 

* * *

 

„Spośród 126 kandydatur zgłoszonych do Nagrody im. Witolda Hulewicza jury mogło nagrodzić tylko skromną ich część, choć bez mała wszyscy byli jej godni. To ludzie twórczy, mądrzy, dzielni i piękni, stąd nasz żal, że nie mogli zostać laureatami” – czytamy w protokole kapituły pod przewodnictwem inicjatora Nagrody i jej spiritus movens, red. Romualda Karasia. Wyróżniono zaledwie dziewięcioro z tej liczby, wedle zdobytych (w ciężkim całorocznym trudzie) środków i możliwości, a każdy z nich zasługiwałby na znacznie więcej niż krótką charakterystykę czy wzmiankę

Wielką Nagrodę im. Witolda Hulewicza przyznano Kordianowi Tarasiewiczowi, liczącemu 101 lat, za pracę jego życia dla Polski, zwieńczoną – jak napisano w protokole – książką biograficzną pt. Cały wiek w Warszawie, wydaną przez oficynę Veda. Trzeba było słyszeć, jakim głosem i jak mądrze, a płynnie, nie gubiąc wątku, przemawiał ten laureat. Widać było, że swoje ponad stuletnie życie przeżywał z pasją.

 

Bo właśnie pasja, pasjonactwo, jakieś – excusez le mot – zwariowanie dla czegoś, podjęcie jakiejś nieprawdopodobnej sprawy, na pozór nie do urzeczywistnienia, bądź oddanie się jakiejś dziedzinie na całe życie – to podstawowe kryteria tej Nagrody, która nie ogranicza się bynajmniej do wyróżnień za prace literackie. Dlatego w przeszłości Nagrodę otrzymała para, która postanowiła spolonizować borówkę amerykańską i to z powodzeniem, otrzymywali ją dźwiękowcy radiowi, pasjonaci tej pracy realizacyjnej, kolekcjonerzy itp., obok pisarzy, poetów i tłumaczy.

 

Następnym laureatem Nagrody im. W. Hulewicza, tym razem w dziedzinie twórczości radiowej, został Krzysztof Gosztyła, wybitny aktor, fenomen Teatru Wyobraźni Polskiego Radia, tego teatru, który przed wojną stworzył właśnie Witold Hulewicz i tak go nazwał.

 

W uznaniu za bogatą twórczość poetycką i prozatorską, przekładową i edytorską uhonorowano Nagrodą Wojciecha Piotrowicza z Wilna, poetę i matematyka, wydajnego współpracownika wielotomowej Antologii Wileńskiej, człowieka, dla którego historia Litwy, jak również języki litewski i starolitewski, nie mają tajemnic. Ukoronowaniem jego prac edytorskich jest odkrycie i wydanie z rękopisu dzieła Stanisława Morawskiego, filarety, pt. Fizjognomistyka kobiet.

 

Nagrodę za całokształt twórczości literackiej, dla dorosłych, młodzieży i dzieci, otrzymała Barbara Nawrocka-Dońska. Laureatka była żołnierzem Armii Krajowej, uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim jako łączniczka i sanitariuszka. W Związku Literatów Polskich przez lata prowadziła kasę zapomogowo-pożyczkową, z wielkim wyczuciem społecznym, konsekwencją i sprawiedliwością. Przed laty pisarka wydała Prywatny pamiętnik, który na razie przeszedł bez echa; z czasem jednak okazało się, że nie tylko wyróżniał się on walorami literackimi i dokumentacyjnymi, lecz także jak gdyby otworzył nowy nurt literacki, w którym powstało później wiele innych tego rodzaju utworów. Jury doceniło prekursorskie atuty jej prozy, jak również jej wartości patriotyczne i wychowawcze.

 

Nagrodę za całokształt twórczości poetyckiej, krytyczno-literackiej i za prace w dziedzinie edytorstwa przyznano Marii Jentys-Borelowskiej. Laureatka przez lata związana była z nurtem tzw. prozy chłopskiej czy wiejskiej, współpracowała z Wiesławem Myśliwskim, redaktorem naczelnym „Regionów” i „Sycyny”. Jest współautorką przewodnika encyklopedycznego pt. Literatura polska XX wieku wydanego przez PWN. Napisała wiele haseł z dziedziny literatur skandynawskich i filmu światowego do 30-tomowej Wielkiej Encyklopedii PWN.

 

Białoruski muzyk i zbieracz pieśni, świetny akordeonista, o czym mogła przekonać się publiczność obecna na uroczystości rozdania nagród, Stefan Kopa ze wsi Horodniany w województwie podlaskim otrzymał Nagrodę im. Witolda Hulewicza za trud zgromadzenia i wydania ośmiu tomów pieśni białoruskich, wraz z zapisem nutowym. Laureat jest folklorystą, animatorem kultury, autorem muzycznej monografii gminy Orla. Jak widać następcy Kolberga wciąż są potrzebni i mają co robić.

 

Jeszcze jedną Nagrodę Główną otrzymała Kazimiera Zapałowa z Kielc, filolog i muzeolog. W latach 1967-2003 pracownik naukowy Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego w Kielcach. Napisała książki: Rodzina Stefana Żeromskiego w Świętokrzyskiem, Miejsce zostało to samo, 50 lat z Żeromskim, Zwierzenia kustosza. Inicjatorka i organizatorka 18 edycji stypendiów im. Andrzeja Radka. Uhonorowana na wniosek świętokrzyskich Radków Międzynarodowym Orderem Uśmiechu. Jej maksyma życiowa to słowa autora Popiołów: „Człowiek wszystko co chce uczynić może”. A więc wystarczy chcieć, ale mocno, być pasjonatką lub pasjonatem. Jak Witold Hulewicz.

 

Nagroda szczególna im. W. Hulewicza przypadła w udziale Eugeniuszowi Walczukowi, inżynierowi i wynalazcy, rodem z Pińska, skąd wojna przeniosła go do Rawy Mazowieckiej, gdzie uwiedziony został przez humanistykę, a szczególnie przez słynne dzieło Jana Chryzostoma Paska. Posiada bogatą kolekcję kilkudziesięciu wydań jego pamiętników, propaguje jego życie i dzieło poprzez liczne publikacje i wystawy.

 

Wreszcie w dziedzinie debiutu literackiego, za książkę reportażowo-eseistyczną W stronę Toskanii, nagrodzona została Marianna Pilot. Osobliwością jest tutaj fakt, iż utwór powstał w związku z długim procesem zakupu domu w tejże Toskanii, pozwalającym poznać tamtejsze stosunki i ludzi oraz zapewnić konkretną podbudowę i świeżość spojrzeniu na tę część Italii.

 

Na prośbę przewodniczącego kapituły Nagrody im. W. Hulewicza przedstawiam sponsorów nagród: urzędy marszałkowskie: mazowiecki, świętokrzyski i podlaski, Fundacja Pomocy Polakom na Wschodzie, Fundacja im. Romualda Traugutta, Stowarzyszenie ZAiKS oraz pp. Anna i Piotr Voelkelowie z Poznania (od lat).

 

Na koniec wyjaśnienie, dlaczego w tytule mówimy o kulturze drugiego obiegu. Otóż podczas panelu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczypospolitej (którego prezesem jest prof. Zdzisław Krasnodębski), poświęconego pisarzom wykluczonym z obiegu publicznego w świecie i w Polsce, świeżo upieczony laureat Nagrody im. J. Mackiewicza, Wojciech Wencel wystąpił z prostą tezą: niechaj ci pisarze, artyści, twórcy, a także dziennikarze, którzy są wykluczani z przestrzeni publicznej, bo są patriotami (a nie kosmopolitami), katolikami i konserwatystami – tworzą drugi obieg kultury i robią to tak dobrze i skutecznie, iż ów drugi obieg z czasem stanie się obiegiem pierwszym. Wtedy ich sztuka, ich kultura zwycięży w starciu z szerzącą się antysztuką i kontrkulturą.

 

Kapituły obu opisanych nagród od lat wydobywają z podziemia, z niszy, z głębokiej często prowincji lub z niezasłużonego zapomnienia takich właśnie ludzi, pasjonatów, działaczy, pisarzy, kolekcjonerów, animatorów życia społecznego, tworząc w ten sposób ów „drugi obieg” kultury, który powoli staje się pierwszym obiegiem. I o to właśnie chodzi.

Jerzy Biernacki

Nagrody niezauważane przez media

Wybitny kompozytor polski, urodzony w 1930 roku i wychowany w Wilnie (do Polski powojennej przyjechał – nie: wrócił – w latach 50.), autor 300 opusów, na uroczystości przyznania nagród (zaraz wyjaśni się, jakich) opowiedział następującą anegdotę z okresu swojego dzieciństwa…

 

Było to w 1939 roku w Wilnie, zajętym przez Sowiety. Jesienią zarządzono likwidację biblioteki, która przedtem była miejscem pierwszych doświadczeń czytelniczych przyszłego kompozytora. Polegało to na tym, że książki wyrzucono po prostu na zewnątrz, zezwalając na to, by każdy kto zechce zabierał je sobie do domu.

 

– Przyszedłem z kolegą – opowiadał laureat – który interesował się przede wszystkim powieściami Karola Maya, i sięgnąłem po pierwszy  lepszy tom z piętrzącego się przed nami stosu. Był to Przybłęda Boży Witolda Hulewicza. Zajrzałem do środka i stwierdziłem, że jest to rzecz o Beethovenie. Bardzo już wtedy interesowałem się muzyką i… była to pierwsza książka, którą przeczytałem od deski do deski.

 

Smak tej opowieści polega na tym, iż usłyszeliśmy ją podczas uroczystości przyznania Nagród im. Witolda Hulewicza w warszawskim Domu Literatury 23 listopada 2016 roku. Była to 21. edycja tego przedsięwzięcia, a kompozytor to Romuald Twardowski, który otrzymał Wielką Nagrodę im. Witolda Hulewicza za całokształt twórczości kompozytorskiej i wieloletnią pracę pedagogiczną  w stołecznym sławnym konserwatorium, obecnie noszącym nazwę Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina. Dodajmy, że twórczość  tego kompozytora, ucznia m.in. Bolesława Woytowicza i Nadii Boulanger, wyróżnia się wielką różnorodnością form, nasycona jest elementami sakralnymi lub wręcz poświęcona jest tematyce religijnej (także w sporej mierze prawosławnej), a jej wartość jest odwrotnie proporcjonalna do wielkiej skromności twórcy. 

 

21. edycja tej Nagrody, będącej życiowym dziełem Romualda Karasia, który niezawodnie zasługuje na miano człowieka-instytucji, autora siedmiotomowej (ponad 4 tys. stron) Antologii Wileńskiej, była chyba jeszcze bardziej różnorodna i bogata, niż każda z dwudziestu poprzednich, począwszy od 1995 roku (rozpoczęto w 100. rocznicę urodzin patrona Nagrody).

 

Oto Gran Prix, czyli największą w hierarchii Nagrodę im. Witolda Hulewicza  otrzymał pośmiertnie Krzysztof Kąkolewski, którego Romuald Karaś nazwał księciem reporterów, rezerwując miano króla reporterów dla Melchiora Wańkowicza. Zdobywcy Lauru SDP i jego dorobku twórczego nie trzeba przedstawiać, w uzasadnieniu podkreślono jego rolę nauczyciela i guru młodszego pokolenia reportażystów, nie tylko w sensie formalnym (Kąkolewski był przez wiele lat wykładowcą na Wydziale Dziennikarstwa UW), lecz także w bezpośrednich kontaktach, kiedy to własne tematy podrzucał młodszym kolegom. Kąkolewski był, jest i pozostanie wielki – zakończył Karaś dodając, że był po prostu pięknym i dobrym człowiekiem.

 

Kolejną Wielką Nagrodę im. W. Hulewicza otrzymały dwie panie – Izabela Karolina Galicka oraz Hanna Sygietyńska, sławne odkrywczynie przed wielu laty obrazu El Greca pt. Ekstaza św. Franciszka w Kossowie Lackim. Paradoksem naszego życia kulturalnego jest fakt, ze odkrywczynie El Greca (którego obraz wyceniany jest dzisiaj na 150 milionów dolarów!) nigdy dotychczas za swoje odkrycie nie zostały nagrodzone. Przy okazji wyszło na jaw, że Hulewicz był narzeczonym siostry taty pani Galickiej i w domu przezywano go Hutold Wilewicz. Takie były zabawy (językowe) w one lata. Marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik przyznał (na wniosek Kapituły Nagrody)  nie tylko skromne załączniki finansowe dla obu pań w wysokości po 5 tys. złotych, lecz także Medale „Pro Mazovia”.

 

Naturalnie nie mamy możliwości , by przedstawić wszystkich nagrodzonych (łącznie 21 osób, a więc także „oczko”, jak liczba edycji, wybranych spośród 247 kandydatów) i niezupełnie o to chodzi w tym, co piszę. W każdym razie byli wśród nich poeci, animatorzy kultury, badacze biografii Hulewiczów z Trzemeszna (nagrodę młodych w tej dziedzinie otrzymał np. dwunastoletni bodaj Jaś Adamski, trzeci w rodzinie, po starszym bracie i ojcu, którzy otrzymali ją w poprzednich latach), redaktorzy lokalnej prasy (Irena Waluś z Grodna, redagująca na wysokim poziomie literackim „Magazyn Polski”), regionaliści (np. Jerzy Michał Sołdek z Nałęczowa), archeolog, można powiedzieć, lokalny, Jarosław Rola z Piły, syn Zygmunta Roli, autora książki pt. Tajemnice Katedry Gnieźnieńskiej, także nagrodzonego, a wreszcie specjalistka w dziedzinie mikrobiologii klinicznej, pani prof. Zofia Zwolska, która całe życie poświęciła walce z gruźlicą i napisała książkę o Robercie Kochu, odkrywcy bakterii tej na nowo groźnej choroby.

 

I jeszcze kilkoro innych, m.in. twórca radiowy Marek Mądrzejewski, „poszukiwacz prawdy”, umiejętnie wypełniający tzw. „białe plamy” w historii, a także Andrzej Laudowicz, wywodzący się z Ziemi Kalisko-Łęczyckiej, ziemianin, współtwórca i „szara eminencja” Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, autor książki pt. Owce polskie. Wreszcie Barbara Figurniak, artystka w dziedzinie poezji śpiewanej (m.in. śpiewa wiersze Baczyńskiego i Hulewicza), współpracująca z Wiesławem Budzyńskim, znawcą twórczości Baczyńskiego i Schulza, a przede wszystkim z kompozytorem Mateuszem Jaroszem, który także otrzymał Nagrodę im. Witolda Hulewicza. Swoim śpiewem ozdobiła ona uroczystość w Domu Literatury.

 

Rozpiętość tematyczna dorobku laureatów jest wprost proporcjonalna do zajęć i zawodów, jakie uprawiał Witold Hulewicz, ziemianin, wydawca i redaktor czasopism, animator kultury (pamiętne „Środy literackie” w Wilnie, bohaterem jednej z nich był nawet Gilbert Keith Chesterton!), wybitny radiowiec, autor pierwszego słuchowiska radiowego (Kiejstut, 1928), twórca teatru radiowego, który jako pierwszy nazwał go teatrem wyobraźni. Był on jedynym tłumaczem polskim Rainera Marii Rilkego autoryzowanym przez poetę. Jak już jesteśmy przy biografii, to dodajmy, że za okupacji stał się „ojcem prasy podziemnej”, redagował i wydawał pierwsze czasopismo konspiracyjne „Polska Żyje” (po jego śmierci redagowane m.in. przez Zofię Kossak), co przyczyniło się do jego aresztowania przez gestapo, a następnie rozstrzelania w Palmirach w 1941 roku.

 

W ostatnich latach mam zaszczyt uczestniczyć w pracach Stowarzyszenia im. Witolda Hulewicza (którego jestem współzałożycielem) i Kapituły Nagrody jego imienia. I widzę jaki to jest niesamowity mozół i jakie niebywałe bariery prawie  niemożliwe  do przekroczenia, jeśli chodzi o zdobycie jakichś niewielkich chociażby środków finansowych na te nagrody. I jaka to jest całoroczna gigantyczna praca, polegająca na zweryfikowaniu setek zgłaszanych kandydatur. I po prawdzie, chociaż Kapituła liczy kilkanaście szanowanych i zacnych osób, to gros tej pracy wykonuje, proszę mi wierzyć, nie kto inny tylko Romuald Karaś, który te Nagrodę wymyślił, razem z córką Agnieszką, autorką książki o Hulewiczu pt. Miał zbudować wieżę, wyprodukował film o nim, pokazywany kilkakrotnie w telewizji polskiej, wydawał tomiki jego wierszy itp.

 

W ciągu minionych lat Nagroda im. Witolda Hulewicza zdobyła sobie wielki prestiż, jej laureatami są takie znakomitości jak Barbara Wachowicz (dostarczycielka wielu kandydatów do nagród i nieprześcigniona ich laudatorka), Marian Pilot, Bohdan Tomaszewski, Zbigniew Jerzyna (laureat dwukrotny), Ignacy Gogolewski, Wojciech Piotrowicz, poeta i znawca dogłębny spraw litewskich i wielu, wielu innych idących już w setki, jeśli wziąć pod uwagę wszystkie minione 21 lat.

 

A clou opowieści polega na tym, że Nagroda im. Witolda Hulewicza wśród szerszego środowiska kulturalnego w ogóle nie jest znana. Bo nigdy nie pisała o niej prasa nie tylko głównego nurtu, nie  pokazywały jej ani nie mówiły o niej (naprawdę nigdy!) żadne telewizje. Myślę, że jestem rekordzistą, jeśli idzie o liczbę relacji z uroczystości przyznawania tej Nagrody, na długo przedtem, nim zostałem także jej laureatem (2009). Drukowałem je w znakomitej gazecie, na której powrót do życia czekam od kilku lat, czyli w „Kulturze i Biznesie”, a także w nie istniejącej już dzisiaj również niezwykłej „Naszej Polsce” (istniała od 1995 do końca 2015 roku). Ale powiem Państwu, że osiągnięcie tego rekordu było łatwe, ze względu na totalny brak konkurencji. Panowie dziennikarze, przynajmniej tej naszej, ponoć rzetelnej, patriotycznej prasy (i telewizji) – wstyd! Doprawdy wstyd!

Jerzy Biernacki