Część 2

Część 2.
Wielka Wojna

Walczy brat przeciw bratu

Gdy w sierpniu 1914 roku wybucha pierwsza wojna światowa, o synów Heleny Hulewiczowej upomina się armia niemiecka. Dziewiętnastoletni Witold zostaje wysłany na front zachodni. Podobnie Bohdan, studiujący filozofię i historię sztuki na uniwersytecie w Monachium. Wacław trafia najpierw na granicę prusko-rosyjską, a stamtąd na front zachodni. Jerzy nie dostaje powołania, gdyż nie figuruje na liście obywateli Rzeszy.

Na frontach pierwszej wojny światowej walczy 2 500 000 Polaków. Wszyscy w armiach zaborców: 600 000 w armii niemieckiej, 600 000 w austriackiej, 1 300 000 w rosyjskiej. „Walczy brat przeciw bratu” – powie Ignacy Paderewski do publiczności chicagowskiej po odbytym właśnie koncercie.

„U nas toczy się walka pozycyjna – mówi jeden z oficerów armii niemieckiej korespondentowi «Dziennika Poznańskiego» w maju 1915 roku. – Walki o poszczególne rowy, strzelanina artylerii na ogromne odległości […]. Tutaj cały kraj jest fortecą. A fortecę zdobywa się długo”.

 

Alfabetem Morsa

 

Po przeszkoleniu rekruckim Witold zostaje przydzielony do łączności. Jako, że posiada świadectwo maturalne i ze względu na braki kadrowe w armii niemieckiej, dostaje od razu najniższy stopień oficerski – lejtnanta.

„Aspirant oficerski w czasie kursu zaznajamia się dokładnie z Morsem i budową migaczy – wspomni Witold po latach swój los łącznościowca. – Służba sygnalisty w polu jest trudna i pełna odpowiedzialności […] Czytanie podawanych światłem telegramów, szczególnie z wielkiej odległości. Wśród mgły lub rażącego słońca – wymaga wielkiego skupienia woli, zimnej krwi i przede wszystkim rutyny. Jakże często mylą czytanie złośliwe jakieś odbłyski szybek w słońcu albo drganie powietrza w upale. W nocy znów liczne rakiety i błyski wystrzałów mącą wzrok […] i denerwują telegrafistę. W ogniu granatów, wśród […] muzyki salw armatnich musi […] stać odsłonięty na posterunku i przy poświacie pocisków wlepiać spokojnie oczy w stronę, skąd nadchodzi rozpaczliwy meldunek i czytać wolniuteńko głoskę po głosce: F-r-o-n-t- – p- r- z- e – r- w – a – n – y – – p – r – o – s – z – ę – – o — p – o – m – o – c  – -” (W. Hulewicz, Znaczenie sygnalizacji optycznej w nowoczesnej wojnie, „Wiedza Techniczna”, nr 1, Poznań, wrzesień 1919).

 

 

List z pola walki

 

 

Witold próbuje uporać się z wojenną codziennością, pisząc impresje z pola walki. Wysyła je matce. Helena – jak głoszą rodzinne przekazy – zanosi te korespondencje do „miejscowej gazety”, gdzie ukazują się drukiem. Jaki tytuł wchodzi w grę? W Poznaniu wychodzą w tym czasie dwie gazety: „Dziennik Poznański” i „Kurier Poznański”.

Pierwszy, drukowany w „Dzienniku Poznańskim” List z pola walki redakcja dostała od rodziny Polaka, walczącego na „zachodnim teatrze wojny”. Relacja jest anonimowa, cenzura wykroiła z niej nazwy miejscowości i daty.

Żołnierz opisuje frontowe miasteczko: „Było to …………….”. Co za wrażenie! Miasto jakby wymarło, a jednak pełne ludzi. Cisza grobowa, tylko czasem słychać jakiś wóz, chociaż ulice wysłane są słomą, żeby przygłuszyć turkot […]. Widać pochylone postacie, idące szybko, żeby jak najprędzej się znowu gdzie schować. Wszędzie ciemno, tylko przez szpary okiennic przemyka się czasem światełko. Nikt nawet cygara nie pali. Domy przeważnie bardzo ładne, jednak więcej niż połowa ich leży w gruzach” („Dziennik Poznański”, 12 VI 1915).

Czy jest to tekst Witolda Hulewicza? Nie wiadomo. Stylistyka, miejsce ukazania się drukiem i adresatka (matka), wskazywałyby raczej na jego autorstwo w przypadku późniejszych, zamieszczanych w „Dzienniku Poznańskim” relacji. Może są to relacje Witolda, a może innych, wcielonych do armii niemieckiej Polaków. Niemniej dają pojęcie o tym, w jakim położeniu znalazł się nagle Witold i cała jego generacja.

 

 

Dziennik relacji

 

 

Cytowane tu listy z Belgii opisują sytuację na froncie zachodnim w okresie od stycznia do kwietnia 1916 roku. Nie wiadomo, czy pochodzą od jednego czy więcej autorów, chociaż w kilku można zauważyć to samo pióro:

L., 21. stycznia

„Tracimy zupełnie świadomość czasu, wszystko nam jedno, czy dzień czy noc, sypia się tak jak się zdarzy. Jaki właśnie jest dzień tygodnia, wie tylko ten, kto dokładnie wykreśla karty w kalendarzu […]”.

„Kurier Poznański”, 14 IV 1916

L., 2. lutego

„Szczury coraz bardziej się panoszą. Już przywykliśmy do tego, by dzielić z nimi chleb, kiełbasę, masło […]. Lecz i tego im nie dosyć, – wyprawiają takie orgie, że spać trudno. Nieraz siedzę przy książce – a tu vis a vis z dziury wychyla się łeb szczurzy i tak patrzymy na się, pytająco […]”.

„Kurier Poznański”, 14 IV 1916

 L., 2 lutego

„Stanie na warcie […] stanowi u nas rodzaj rozrywki […]. Przechadza się wzdłuż torów, zagaduje każdego wartownika, lub śledzi się wzrokiem bieg rakiety świetlnej – to białej, która tylko oświetla pozycje przeciwnika – lub kolorowej, która oznacza sygnał dla własnej artylerii. Najczęściej zaś w nocy, podczas wart, orientuję się, w którym kierunku mi Was szukać wypada – i wtedy ślę do was moją tęsknotę – najczulsze pozdrowienia, na jakie się serce zdobyć może. I pewien jestem, że tam gdzieś na pół drogi nasz dusze się spotykają – że Wy właśnie równe pozdrowienia mi ślecie”.

 „Kurier Poznański”, 14 IV 1916

 

 

Spichlerz Europy

 

 

„Czym jest Polska obecnie – zwraca się Ignacy Paderewski do publiczności chicagowskiej po dobytym koncercie – […] tylko wspomnieniem […], ogromnym cmentarzem […]. Wzdłuż olbrzymiego frontu bojowego, ciągnącego się od Morza Bałtyckiego do południowych przełęczy Gór Karpackich, cała rosyjska, prawie cała austriacka, a nawet część pruskiej Polski, zostały doszczętnie zniszczone […]. Osiemnaście miesięcy ciągłych bitew, osiemnaście miesięcy nieprzerwanego niepokoju i bólu, które spadły na zupełnie niewinny naród.

Miliony bezdomnych chłopów, robotników bez pracy, nędznych żydowskich handlarzy […]. Ilu cywilnych, nie walczących zginęło w tej katastrofie, nikt dokładnie nie jest w stanie obliczyć.

Kraj, spichlerz Europy, jak go nazywano w starożytnych czasach, jest doszczętnie zniszczony” (Koncert i mowa Paderewskiego w Chicago, „Kurier Poznański”, 11 IV 1916).

 

 

Przymus gromadzenia odpadków kuchennych

 

 

Na skutek działań wojennych, pola na froncie zamieniają się w poligony. Nie ma komu siać i zbierać plonów. W obliczu klęski głodowej, w Rzeszy zostaje wydany nakaz gromadzenia odpadków kuchennych. Rząd stara się odwrócić uwagę społeczeństwa od spowodowanego prowadzeniem wojny głodu. Rozsnuwa wizje korzyści zdrowotnych, materialnych i politycznych z wynalezienia mlekogenu, sztucznej paszy mlecznej, uzyskiwanej z odpadków kuchennych.

Biuro Wolffa informuje na łamach „Kuriera Poznańskiego”:

„Codziennie ginie w Niemczech kilka milionów kilogramów odpadków kuchennych i resztek potraw bez użytku w śmieciach […]. Obecnie podczas wojny byłoby rzeczą zdrożną, gdyby wielkie ilości białka, tłuszczu, fosforanu wapnia i innych materiałów pożywnych, znajdujących się w odpadkach, stale pozostawały bez użytku.

Przy odpowiednim zużytkowaniu można […] [ z odpadków] osiągnąć wielki pożytek gospodarczy. [Dlatego zarządza się], że w gminach o ponad 40 tys. mieszkańców […] głowy rodzin, posiedziciele [właściciele posesji] i kierownicy zakładów przemysłowych  i społecznych mogą być zobowiązani do osobnego zbierania wszystkich resztek potraw i odpadków kuchennych […].

Gmina winna zebrane odpadki trzy razy tygodniowo odbierać i odstawiać do Niemieckiego Towarzystwa [do spraw] Niemieckiej Paszy Sztucznej w Berlinie [Deutsche Reichsgesellschaft m.b.H. für deutsches Milchkraftfutter]” (Przymus gromadzenia odpadków kuchennych, „Kurier Poznański”, 1 VIII 1916).

W zarządzanym przez Jerzego Hulewicza majątku Kościanki, panuje dostatek. Ziemia rodzi plony. Jest mąka, kasza gryczana, są ziemniaki, mleko prosto do krowy, świeże jajka. Ze spiżarni przynosi się wędliny, z piwnicy – wina.

 

 

Ons Huys – Nasz Dom 

 

 

„W czasie dojmującego głodu, gnębiącego mieszkańców miast niemieckich wskutek zacieśniającej się blokady wojennej, Polonia z zachodu szukała oparcia na wsi, szczególnie w Wielkopolsce, spichlerzu przemysłowych Prus. Tak i artysta malarz, Adam Pełczyński, ziemianin małopolski, zawitał w roku 1916 do dworu artysty malarza, ziemianina Jerzego Hulewicza w Kościankach” (St. Helsztyński, „Zdrój” Hulewiczów w Kościankach, w: Przybyszewski, Kraków 1958).

Jerzy montuje w tym czasie spółkę wydawniczą „Ostoja”. Marzy mu się wydawanie pisma literackiego, które potrząsnęłoby Wielkopolską. Pełczyński daje znać o planach Jerzego innemu, mieszkającemu w Niemczech, Polakowi.

Stanisław Przybyszewski, duchowy ojciec Młodej Polski, klepie w owym czasie biedę w Monachium. Wspomnieniem jest okres, kiedy o TotenmesseVigilien i De profundis mówiła niemiecko-skandynawska bohema, Strindberg zaliczał Przybyszewskiego do swoich najlepszych przyjaciół, Ryszard Dehmel przyklaskiwał jego dziełom, a do berlińskiej gospody „Pod Czarnym Prosiakiem” chodziło się posłuchać, jak Przybyszewski gra Chopina.

Przybyszewski myśli zatem o pozyskaniu polskich czytelników. Jednak jako „herold sił alogicznych” i „satanista”, w Wielkopolsce nie ma czego szukać. Poznańskie, nauczone klęską dwu powstań, rozpętanych na romantycznych tęsknotach Polaków, trzyma się ziemi, religii, i nie zaprząta głowy artystycznymi manifestami. Natomiast, pochodzący z zaboru pruskiego Przybyszewski, interesuje się Wielkopolską. Nie żywi wprawdzie szacunku dla pracy organicznej Wielkopolan, pragnie ich jednak sprowadzadzić na drogę sztuki. Najpierw postanawia zapoznać się z Jerzym Hulewiczem, gdyż może się on okazać sprzymierzeńcem w „kulturyzacji” Poznańskiego, tym bardziej, jeśli ma pieniądze.

Jerzy zaprasza Przybyszewskiego do Kościanek. „Herold sił alogicznych” zjawia się tam w  sierpniu 1916 roku, wraz z Jadwigą Kasprowiczową, swoją kolejną żoną, i jej córką. Przybyszewski ofiarowuje do druku wydawnictwu Jerzego Szlakiem duszy polskiej, przeróbkę niemieckojęzycznej Von Polens Seele.

Jest to już druga książka, po Polen und der heilige Krieg [Polska i święta wojna], jaką Przybyszewski napisał na zlecenie  Naczelnego Komitetu Narodowego. W rozumieniu autora, książki te zaznajamiają „szerszy ogół inteligencji niemieckiej z kulturą polską”. W rozumieniu Wielkopolan są tekstem o wymowie filogermańskiej.

NKN, który swoim zleceniem ratuje Przybyszewskiego od niechybnej zapaści głodowej, reprezentuje postawę aktywistyczną. Opowiada się za rozwiązaniem kwestii niepodległości Polski w oparciu o Austro-Węgry i Rzeszę Niemiecką. Natomiast propagowana głównie przez kręgi narodowe opcja pasywistyczna, nawołuje do bierności wobec prób wciągnięcia Polaków we współpracę z państwami zaborowymi.

I właśnie ta opcja jest w Poznańskiem popularna. Wielkopolanie nie mogą zapomnieć Przybyszewskiemu ataków, jakie w jednym z berlińskich dzienników skierował przeciwko Romanowi Dmowskiemu.

Więc, aby do reszty nie rozdrażniać opinii publicznej, Przybyszewski postanawia bawić w Kościankach potajemnie.

 

 

Z konspiracji nic nie wychodzi: 

„Dla Jerzego Hulewicza i jego żony Wandy […], jego matki Heleny Hulewiczowej i innych członków rodziny przestawianie z egzotycznym gościem było istną ucztą duchową – wspomina Stanisław Helsztyński. – Towarzystwo ziemiańskie zaczęło dom ich bojkotować, dziwiono się, że Hulewiczowie przyjmują w swych ścianach antychrysta, gazety krakały o przyjeździe Przybyszewskiego jak o zarazie, co wszystko nie wytrąciło z równowagi, ani gospodarza, ani poety. Hulewicz malował portret pisarza. Odbywano spacery po parku i polach, projektowano wydanie wspólnej książki pod tytułem Sny na jawie […].

Zaczęły się dyskusje na temat sztuki – relacjonuje Bohdan Hulewicz – żarliwe, uczciwe, niesnobistyczne, na temat «niskiego poziomu kultury umysłowej i estetycznej Wielkopolan» […] Jerzy zaczyna malować jak nigdy dotąd […] Niemal co wieczór siada Przybyszewski do koncertowego Blüthnera i gra Chopina […]. Wszystko, co Przybyszewski mówił, robił, nawet jak grał – wszystko było stawianiem problemów. Problemy się rodziły, problemy narastały w gorączce twórczej”.

Jerzy Hulewicz „wpakował cały swój gorący entuzjazm i co najmniej czterdzieści tysięcy marek w sprawę «Ostoi» Jest w Poznańskiem nie lubiany. Może być, że dlatego, iż od kilku lat bezustannie przerywał w Poznańskiem błogą drzemkę – pisze o swoim nowym wspólniku Przybyszewski. – Toć to właśnie w jego towarzystwie nabrałem tej niezłomnej ufności w niespożytą moc odrodzenia się społeczeństwa Poznańskiego, w jego to zacisznej pracowni malarskiej w Kościankach zrodziło się we mnie przeświadczenie, że Poznańskie sprosta twardym , ale dostojnym obowiązkom, jakie na nim teraz spoczęły […], że dorosło już temu obowiązkowi , który mu dano teraz spełnić, że stanie się znowu silną i ofiarną ostoją dla całego życia umysłowego Polski, którego byt teraz więcej może zagrożony aniżeli po 1831 roku” (St. Przybyszewski, Znaczenie kulturalne Poznania, odczyt wygłoszony w Poznaniu, drukowany przez „Dziennik Poznański”, 1916, nr 217 – 222).

 

Spółka wydawnicza, którą rozkręcają Jerzy z Przybyszewskim, staje się punktem wyjścia do dalszych marzeń, do koncepcji Naszego Domu: „Ons Huys – Nasz Dom, wyryto złotymi zgłoskami na froncie wspaniałego gmachu, jaki wystawili dla siebie robotnicy flamandzcy i z dumą go pokazują w Gandawie cudzoziemcowi – czytamy w programie «Ostoi». – Oby nadszedł czas, kiedy poznańczyk będzie mógł wskazać na «Ostoję» jak na nasz symboliczny Ons Huys […]”.

Nasz Dom jest ideą „na miarę wizji Żeromskiego” – zauważa Józef Ratajczak (Zagasły „brzask epoki”, Poznań 1980).

Przedsięwzięciem w sferze duchowej i fizycznej. Gmachem, „w którym pomieści się drukarnia własna «Ostoi i »księgarnia, i sala odczytowa i koncertowa, biblioteka, sala zgromadzeń obywatelskich i salon wystawowy obrazów i rzeźb, a może i mała scenka teatralna […]” – pisze Przybyszewski w liście do Jerzego Hulewicza. – «Ostoja» stanie się tym dla duszy polskiej, czym banki Wawrzyniaka dla Wielkopolski”.

„Przybyszewski gotów jest pójść na współpracę z endecją, byleby tylko jego sen mógł się w pełni ziścić” – pisze Ratajczak. „Dlatego usilnie drogiemu Panu radzę – zaklina Przybyszewski Jerzego w jednym z listów – teraz, gdy chodzi o tę wielką budowę Najwyższego Domu, byś Pan szukał porozumienia z tą partią, najsilniej jeszcze niedawno przez Pana zwalczaną […]”.

„Moment na budowę Naszego Domu jest korzystny. Poprzedza odrodzenie się państwa polskiego. Budowa «symbolu odrodzenia duchowego w najbardziej zacofanej kulturalnie dzielnicy» – zauważa Ratajczak – mogłaby mieć «silną wymowę». Mogłaby stać się «wzorem» dla bardziej rozwiniętych krajów, zwłaszcza, że towarzyszyłaby poczuciu zagubienia, jakie przyniosła z sobą wojna”.

W sensie materialnym Ons Huys pozostaje marzeniem, w sensie ideowym – po części ziszcza się. Dworek Hulewiczów w Kościankach staje się jego polską namiastką. 

 

Samotność sygnalisty

 

Kiedy w Kościankach trwają prace nad urzeczywistnianiem idei Domu Sztuki, Witold na froncie zgłębia tajniki pracy sygnalisty.

„Stacje migaczy zawsze umieszczone są na wzniesieniach – napisze po latach – pagórkach, kominach, specjalnie zbudowanych wieżach drewnianych, szczytach zwalonych domów, drzewach. Tym samym bardzo są narażone na ogień nieprzyjacielski, a już migotaniem swym ściągają na siebie szczególną zajadłość wrogich dział. W czasie huraganowego ognia, gdy kto żyw stara się chronić w jamy podziemne, dyżurny sygnalista trwać będzie na swym stanowisku. I to zazwyczaj s a m o t n y. Straszne są te chwile samotności w obliczu nieuchronnej śmierci. Straszne po stokroć, gdy pośród rumowisk nad rzeką Sommą czy na kredowej pustyni Szampanii lub we flandryjskich moczarach, w wirze rozpętanych tysięcy armat, stać trzeba na straży – w służbie wroga!”.

 

Mogę nie wrócić

 

Bitwa nad Sommą zdaje się być kluczowym przeżyciem dla młodego Witolda. Przekazy rodzinne mówią, że przechodzi on tam swój „chrzest bojowy”. Czy spisuje impresje z pola walki?

W pierwszym kwartale 1917 roku „Kurier Poznański” drukuje blok korespondencji pod tytułem Listy znad Sommy. Znajdujemy w nich co najmniej dwa szczegóły, po których możemy domyślać się tożsamości anonimowego autora: tęsknotę za matką i za… fortepianem.

Redakcja „Kuriera Poznańskiego” donosi, że frontowej korespondencji użyczyła jej jedna z czytelniczek, której syn walczy nad Sommą.

 

Oto fragmenty Listów znad Sommy:

8 IX 1916

„Pękające granaty bardzo często zrywają połączenia. Wtedy np. dywizja X żąda dywizji Y, dzwonię – cisza. «Przerwane». Żołnierze wolni w tej chwili od służby, wybierają się na patrol […]. Zwykle idzie dwóch, czasem jeden uzbrojony w obcęgi- lampkę elektryczną, tasiemkę do izolowania i kawałek drutu. Idzie się prawie zawsze otwartym polem, bo tam wszelkie ukrycia, mury, drzewa, kopce – zniesione są przez artylerię. Najgorsze, że trzeba się zawsze trzymać leżącego na ziemi lub rozpiętego na drągach drutu, aby znaleźć uszkodzenie. Jeżeli np. połączenie jest długie na pięć kilometrów (a bywają dłuższe), można sobie wyobrazić, ile straci się czasu na odnalezienie przerwy. A że to są przewody tylko dla sztabów i podobnie ważnych instytucji, przeto zależy na jak najszybszym usunięciu przeszkody. Więc na granaty nie bardzo można zważać – tym bardziej czekać, kiedy ogień osłabnie. Fatalnym jest, jeżeli balon obserwacyjny lub inny obserwator dostrzeże taki patrol i przeciwnik kieruje nań ogień artylerii; w takim przypadku trzeba bęc! – plackiem na ziemię, póki strzelanina nie ustanie […].

Moje usposobienie jest mieszane. Najpierw idę tam z pewną dozą ciekawości i chęci wrażeń, oraz z pewnym nieokreślonym zadowoleniem, że danym mi będzie być naocznym świadkiem największej bitwy, jaką zna historia (każdy uważa to, w czym siedzi, za największe). Jest w tym coś z młodzieńczej bezmyślności i awanturniczości. Lecz idę w okopy zarazem z zupełną świadomością, że mogę nie wrócić lub wrócić innym, niż tam idę. Jednak spokojny jestem i opiece Matki Boskiej polecam swoje losy. Byłem u spowiedzi i jestem przygotowany na wszystko. Najżałośniejsza to myśl o mamie… ”.

(„Kurier Poznański“, nr 10, 14 I 1917)

10 IX 1916

„Słyszę, że stacja nasza znajduje się sześć metrów pod ziemią, więc zupełnie bezpieczna. Spanie też tam; nigdy tak nisko nie łożowałem. W murowanym, porządnym domu, który jeszcze stoi cały, a zdaje się, że był dawniej rodzajem karczmy. Zewsząd zbiegają się druty, wpadając razem w otwór w ziemi tuż pod ścianą. Wchodzimy – schody prowadzą do porządnej piwnicy, urządzonej niby izdebka na wzór koszar. Lecz to jeszcze nie tu. W kącie piwnicy czerni się otwór niewielki. Wtłaczam się weń z trudem i trykając głową i ramionami o ściany z gliny, zagłębiam się po niewygodnych, wąziutkich schodach. Coraz głębiej, jakieś pięć metrów jeszcze – wreszcie kilkumetrowy wąski korytarz. Powietrze piwnicowe. Korytarz cały może ma dziesięć metrów długości, wysoki na 1,75 metra. Z boku rzędy stojących na sobie po dwa, drewnianych tapczanów ze słomą, które zostawiają tylko bardzo wąskie przejście. Ściany wyłożone deskami. Na drugim końcu korytarza znów schody, drugie wyjście do ogrodu, który dziś już ogrodem nie jest […]. Taki to jest mój nowy pałac kreci.

[…] Znalazłem w jednej z ruder fortepian, lecz po uderzeniu pierwszego tonu uciekłem przerażony. W jednej chwili wzmogła się kanonada. Stałem w ogrodzie, gdy nagle słyszę cichy świst… coś jakby kot miauknął! Co to? Kolejka tu chodzi? Potem dalsze, głośniejsze. Witam Was, granaty londyńskie i amerykańskie! […]”.

(„Kurier Poznański“, nr 11, 16 I 1917)

13 IX 1916

„Wczoraj o czwartej zbudził mnie głos żołnierza z naszego oddziału. Raportował naszemu porucznikowi. Oddział z naszych telefonistów miał stację o cztery kilometry stąd. W nocy uderzył granat gazowy w ich nory, a że nie wszyscy w jednej chwili założyli maski, dwóch padło od razu, reszta mniej lub więcej trucizny wciągnęła do płuc. Telefonista, który to raportował, z kilku innymi i ze swoim bratem puścił się w drogę do nas, bo połączenie telefoniczne było przerwane i aparaty strzaskane. Szli nocą, gdy nagle już niedaleko naszej wsi [brat] upadł i skonał. Ten wziął go na plecy i przyniósł tutaj. Strasznie było słuchać, jak ten biedak żałosnym głosem opowiadał o swoim bracie […].

Ale najgorsza część doby miała dopiero nastąpić. O dziesiątej wieczorem nasz porucznik otrzymał nagle rozkaz założenia natychmiast przewodu do bardzo ważnego punktu obserwacyjnego przez teren najsilniejszego ognia. Ogień spotęgował się pod wieczór do siły «huraganowego» (Tommelfeuer), więc usłyszawszy ten rozkaz, poleciłem się Bogu. Porucznik miał bardzo poważny wyraz twarzy, zadzwonił do naszego wodza nadporucznika (który jest za frontem), pożegnał się z nim i rzekł między innymi «Położenie nie jest wcale takie różowe, jak pan sobie wyobraża. Kto wie, czy my się jeszcze zobaczymy». Wybrał z nas pięciu najmłodszych, ustawił przed domem i w podobne odezwał się słowa: «Musimy zbudować przewód do……. [nazwa miejscowości ze względów cenzury pominięta w liście]. Jest to zadanie trudne, ale pełne chwały. Będziemy usiłowali je wykonać. Ja idę z wami i nie opuszczę was». Rzekł i nasadził sobie hełm stalowy, my takich nie mieliśmy.

Przewiesiliśmy puszki z maskami i zaczęliśmy budować, najpierw z trzysta metrów przez wieś. Przodem szedł ten, z odwijającym się bębenkiem kabla na plecach. Drugi zarzucał długą włócznią kabel na drzewa i dachy, trzeci i czwarty przeciągali, ja niosłem ciężki aparat polowy z baterią i rezerwowy bęben z kilometrem kabla. Ciężar miałem sowity.

Przez wieś było pół biedy; zbliżaliśmy się wprost na grzmoty. Huczało i wrzało piekielnie w cichą, chłodną noc wrześniową. Na szczęście widno było od księżyca w pełni, więc budowanie nie było tak trudne. Zaraz za wsią przywitały nas dwa bliskie granaty. Nagle straszny, jękliwy, krótki świst i huk okropny. – Już leżeliśmy na ziemi. Przez kilka chwil byliśmy ogłuszeni; po niewielu sekundach posypał się deszcz gliny na nas. Szliśmy dalej – teraz przez czas jakiś rowem strzeleckim, zajętym przez piechotę gotową do strzału. Takie piekło trudno sobie wyobrazić – ryki, grzmoty, świsty, zgrzyty walą zewsząd w mózg człowieka, w krótkich przerwach słychać przejmujący tryl karabinów i mitraliez [karabiny maszynowe]. Z wszystkich stron, bliżej i dalej nas, strzelają w górę rakiety, pękają w górze barwne kule i płyną wolno ku ziemi. Błyski strzelających dział oślepiają nasze oczy, kilka ich stoi tuż – a wszystkie strzelają bez przerwy. Granaty padają wszędzie z jękiem i wyciem, które czasem słyszy się jak strasznie silne trzaśnięcie drzwiami […]. Idę z ciężarem swoim, ocierając się o ściany z gliny, potykając się w błocie, oblany potem i myślę o mamie i o wszystkich moich drogich, to znów powtarzam w kółko słowa modlitwy, przede wszystkim Pod Twoją obronę i Kto się w opiekę […]. Czyż mogą być słowa odpowiedniejsze na taką chwilę:

Stateczność Jego tarcz i puklerz mocny,

Za którym stojąc, na żaden strach nocny,

Na żadną trwogę ani dbaj na strzały,

Któremi sieje przygoda w dzień biały.

Powtarzam to sobie i pewnie wznoszę głowę. Jakże musi być ciężko na duszy ludziom bez wiary w tak strasznej godzinie! […]. Zbliżamy się znów do wsi, ogień potęguje się. Znalazłem hełm stalowy, kładę go sobie głowę i wyglądam jak Lohengrin […]“

(„Kurier Poznański“, nr 17, 23 I 1917)

 

Zdrój

 

 

Gdy nad Sommą toczy się jedna z najbardziej wyniszczających bitew wielkiej wojny, gdy Anglicy, po raz pierwszy w historii cywilizacji używają do walki czołgów, Jerzy Hulewicz i Stanisław Przybyszewski postanawiają, że będą wydawać dwutygodnik poświęcony sztuce i kulturze umysłowej. Redakcja będzie się mieścić w Kościankach, administracja w Poznaniu. Redaktorem naczelnym pisma – ze względów taktycznych anonimowym – będzie Stanisław Przybyszewski. Za swoją pracę otrzyma honorarium. Oficjalnie jako redaktor naczelny będzie figurował Jerzy Hulewicz. Biorą się do roboty.

Część wskazówek redaktorskich Przybyszewski udziela Jerzemu listownie. Okresy najgorętszych prac spędza w Kościankach.

 

Na Boże Narodzenie 1916 roku Przybyszewski gości w majątku Hulewiczów razem z żoną. Pochodząca z Małopolski Jadwiga Kasprowiczowa donosi w tajemnicy znajomemu, że Hulewiczowie bardzo mili i bardzo się o nich troszczą, ale jednak w Kościankach i u wszystkich poznaniaków święta „tak jakoś oschle, trzeźwo, bez krztynki nastroju lub sentymentu spędzają”.

Witoldowi poczta polowa przynosi wszystkie te wieści. Witold jest kilka kilometrów za frontem. Zakłada linie telefoniczne. Patrole nie są tam takie częste, jak kiedy stacjonował nad Sommą, więc oprócz służby przy aparacie, może siedzieć i rozmyślać.

 

 

Dnia 31 marca 1917 roku pisze do przyjaciela:

 

„W Poznaniu ma powstać dwutygodnik literacko-artystyczny, w którym ja mam udział finansowy […].

Spółka wydawnicza „Ostoja”, założona w październiku […], z kapitałem wynoszącym dzisiaj około 26 tysięcy [marek], rozwija się bardzo pomyślnie. Otrzymuje zewsząd masę rękopisów, a wybiera tylko najlepsze.

Pismo ma wychodzić oficjalnie pod marką „Ostoi”, ale być zupełnie niezależnym. Kapitału ma 30 tysięcy [marek], nazywać się będzie „Zdrój” […].

Spadniesz z krzesła, gdy ci napiszę skład komitetu redakcyjnego:

1. Kierownik: Stanisław Przybyszewski

2. Dział artystyczny i ilustracje: Jerzy Hulewicz

3. Dział filozoficzny: Kazimierz Łuczewski.

Bohdan ma przystąpić do redakcji po złożeniu doktoratu. Prócz tego zastrzeżono w statutach, że ja po studiach każdego czasu będę miał prawo przystąpić do redakcji! […]. A teraz spis współpracowników, którzy już pisemnie zgodzili się na umieszczenie w komitecie redakcyjnym:

1. Jan Kasprowicz

2. Kazimierz Przerwa-Tetmajer

3. Stefan Żeromski

4. Edward Porębowicz

5. Zdzisław Dębicki

6. Michał Sobeski

7. malarz Władysław Jarocki (jako ilustrator: winiety, inicjały) […].

Jeszcze zależy na pozyskaniu dla „Zdroju” Zenona Przesmyckiego (Miriama).

[…] Przybyszewski w liście do Jerzego wyraził ochotę zaczęcia korespondencji ze mną, co jest dla mnie wielkim zaszczytem i bardzo mnie raduje. Więc napisałem do niego dość obszerny list i czekam na odpowiedź.

[…] Przyszłość moja zaczyna sama się formować niewyraźnie, mimo że ja tu siedzę na flandryjskim pustkowiu i niby nic nie mogę zrobić […]”.

 

 

Z najczystszych źródeł duszy polskiej

 

 

Jesienią 1917 Kościanki przygotowują się do wydania pierwszego numeru „Zdroju”. Kibice i kurierzy pisma, głównie artystyczna młodzież, przygrywają dla nastroju na pianinie. Przybyszewski pisze ostrożną odezwę wstępną:

„Z najczystszych źródeł duszy polskiej zaczerpnęliśmy nasze pojęcie o Sztuce, a zadaniem naszego pisma nie będzie tworzenie rewolucji, ale zadzierzgnięcie poszarpanych nici z oną dostojną królewską przeszłością w romantyźmie, w której się po raz pierwszy ś w i a d o m i e istota Sztuki objawiła […].

Daliśmy naszemu pismu nazwę symboliczną „Zdrój”. Ma ono być istotnie Zdrojem, jaki otworzyli nam, potomnym, Mickiewicz, Słowacki, Norwid, czarodziejską różdżką genialnej intuicji i proroczego jasnowidzenia, a Zdrojem tym to właśnie Sztuka, jako łącznik świata widomego z niewidomym – Sztuka: samoobjawienie człowieka w jego nieobjętej sferze bytowania – życia człowieka w całej jego ogromnej pełni…”.

(Prospekt: „Zdrój”. Dwutygodnik ilustrowany, poświęcony sztuce i kulturze umysłowej, Poznań 1917)

 

 

Wbrew tym płomiennym słowom, Przybyszewski ma niewesołe myśli. W mrocznych barwach widzi czas i miejsce, w jakich przychodzi wydawać „Zdrój”: „Sytuacja tu w Poznańskiem, o ile rozchodzi się o Ostoję i «Zdrój», wydaje mi się być niesłychanie trudna – pisze Przybyszewski do wydawcy Aleksandra Guttrego w Monachium. – Rękoma i nogami broni się tutejsze społeczeństwo, podżegane przez kler, jak najusilniej przeciwko tym innowacjom, mogącym dotychczasowy błogi spokój zakłócić […]. Hulewicz już cudów dokonał – patrzę na jego ciężką walkę z tym piekielnym poznańskim kołtuństwem i wprost niepojętym wstecznictwem, ale wątpię, czy zdzierży, bo jest sam, ale to literalnie sam jeden […]”.

 

 

Balon na uwięzi

 

 

Kiedy w Kościankach trwa najgorętszy okres prac redakcyjnych, Witold na froncie jest świadkiem zmian organizacyjnych i technicznych w swojej jednostce: „Armia niemiecka – wspomni po latach 2. połowę Wielkiej Wojny – dokonała […] zasadniczego przekształcenia całej organizacji łącznościowej. Zrazu formacje telegraficzno-telefoniczne zaliczały się do wielkiej klasy Verkehrstruppen […], czyli wojsk komunikacyjnych tj. technicznych. Później wyeliminowano je, by stworzyć jedną nową klasę – Nachrichtentruppen, z osobnym nawet umundurowaniem (zielone naramienniki z czerwonym oblamowaniem) […]. Zbudowali Niemcy także specjalny przyrząd umożliwiający komunikowanie się z szybującym lotnikiem lub balonem na uwięzi za pomocą lampy przytwierdzonej do stalowego hełmu […]”.

 

 

To już dla Pana – budować wieżę…

 

 

„Szanowny Panie – pisze Przybyszewski 1 października 1917 roku do Witolda Hulewicza. – Całe pół roku cieszyłem się, że będę się mógł osobiście z panem spotkać i o wszystkim obszernie i serdecznie pomówić. Złożyło się niestety inaczej, a już od dawna pragnąłem Pana poznać. Musimy zatem doczekać szczęśliwszych czasów. Wreszcie ukazał się pierwszy numer „Zdroju”. Może Pan być z niego dumny, bo przecież w tym dużo Pańskiej zasługi, że to pismo mogło zostać do życia powołane. A ten czyn, wielki i piękny czyn Hulewiczów, chlubnie zapisze się w piśmiennictwie polskim […].

Rozwój Pańskiej pisarskiej działalności niezwykle mnie interesuje, a jeżeli będę mógł być pomocny Panu w czymkolwiek pomocną radą lub doświadczeniem starszego kolegi, to z całą serdeczną gotowością Panu służę.

Serdeczny uścisk dłoni przesyła kochanemu Panu

Stanisław Przybyszewski

Adres mój w Monachium: München, Ruffinistrasse 12”.

 

 

Witold z utęsknieniem oczekuje wieści z Kościanek. „Zdrój” jest jego nadzieją na przyszłość, jeszcze jednym podwodem, dla którego trzeba przeżyć wojnę. Przybyszewski wie doskonale, jak podejść adepta pióra. Pisze do niego w czasie, gdy ten tkwi w absolutnej samotności. Doradzając wybór lektur i kierunek przyszłych studiów („Biologia przede wszystkim!”), próbuje go sobie wychować na sojusznika w sprawach redakcyjnych:

„[…] Zdaje się, że taki układ jest między Wami braćmi, że po wojnie obejmie Bohdan i Pan redakcję „Zdroju” – pisze do Witolda 10 stycznia 1918 roku – więc niezmiernie ważną rzeczą, abyście nie weszli w zaszarganie gospodarstwo, nie potrzebowali niszczyć fundamentów, tylko już na gotowych ów szlachetny Ons Huys wznieśli, o którym bezustannie majaczę. Byle tylko cały gmach dźwignąć pod dach. Najwspanialszym zdaniem – to już dla Pana – budować wieżę.

Napatrzył się Pan we Flandrii na te niesłychane cuda gotyku: tylko najśmielszych i na najcięższe męczeństwo skazanych było stać na budowanie wieży […].

Najgorętszym moim pragnieniem to to, by „Zdrój” – a śniłem o nim we śnie i na jawie przez lat dwadzieścia – stał się takim pismem, jakim matkę Polskę się zadziwi, najcudniejszym darem, jakim ją uradować można […]. Kpić wtedy będziemy z tego, czy jesteśmy pod panowaniem pruskim czy angielskim – jak tylko staniemy się sercem całej Polski.

Bardzo bym pragnął, byś Pan uważnie przeczytał moje Obrachunki, które obecnie w „Zdroju” drukują. Niech mi Pan szczerze, jak brat do brata, pisze o swoim wrażeniu i o myślach, które się w Panu przy czytaniu budziły – mnie się zdaje, że to dobry i mocny fundament dla Pańskiej wieży […]”.

Przyszłość pokaże, że Witold weźmie sobie do serca słowa Przybyszewskiego. A może spełnią się one jako rodzaj proroctwa? Witold będzie budował „swą wieżę”, na wzór tych, jakie widział we Flandrii, w przerwach między atakiem i obroną, a może sygnalizując swoim migaczem.

 

 

Zaduch antykwarni

 

Stanisław Przybyszewski

Przybyszewski nadaje „Zdrojowi” kierunek. Obok zeszytów poświęconych literaturze polskiej, są zeszyty poświęcone innym kulturom europejskim. Jest dużo tłumaczeń z niemieckiego. W wymyślonych pytaniach „do redakcji” na – wymyślone przez siebie – pytanie „dlaczego aż tyle tłumaczeń z niemieckiego”, Przybyszewski sam sobie odpowiada, że od innym narodów powinno się brać to, co mają najcenniejszego, nie zdobycze cywilizacyjne, lecz duchowe.

Oprócz poetów Augusta von Platena czy Mikołaja Lenau, generacji poetów opiewających Powstanie Listopadowe, „Zdrój” drukuje niemiecką i skandynawską bohemę końca wieku.

Przybyszewski sam przyznaje, że „Zdrój” „cuchnie antykwarnią” i „zeschłymi mamutami”. Jednak taktyka wymaga posługiwania się na początku autorytetami, aby nie wystraszyć czytelników i zamknąć usta krytyce.

Redagowany w umiarkowany sposób „Zdrój” i tak staje się przedmiotem nagonki. Atakom przewodniczy „Kurier Poznański”, uosabiający drobnomieszczańskie poglądy środowiska, chorobliwie niechętne wszelkiemu wdzieraniu się w irracjonalne tereny duszy ludzkiej – wspomina Stanisław Helsztyński w studium Dobranoc, miły Książę.

W nie podpisanych odpowiedziach od redakcji uczy Przybyszewski Wielkopolskę, że „sztuka nie jest luksusem, lecz potrzebą i funkcją, utotalnieniem życia duchowego każdej jednostki i każdego zespołu” – pisze Helsztyński.

„Gleba poznańska to kamienna opoka, nie sposób jej rozorać – najostrzejszy pług w jednej chwili tępieje i się łamie”– żali się Przybyszewski znajomemu po trzech miesiącach redagowania „Zdroju”. „Swoją drogą coś tam wsiąknąć musiało – ale dużo, dużo czasu upłynie, zanim kiełki wzejdą”.

Przybyszewskiego mierzi rola anonimowego redaktora „Zdroju”. Pozycja pedagoga w stosunku do „niezwykle opornego i niechętnego czytelnika, który, jak pisze Józef Ratajczak, „tak ofiarnie potrafi wysiadywać w kościelnej kruchcie i w przedpokojach endecji”.

„Zdrój” zyskuje w Poznańskiem 620 abonentów, w Galicji 50. Do Warszawy wysyłanych jest 500 egzemplarzy. Daje to liczbę 1 170 abonentów, która wzrośnie do 1 400 osób. Jest to dużo i mało. Dla przykładu, „Przewodnik Katolicki” ukazuje się w tym samym czasie w nakładzie 200 tys. egzemplarzy.

Przybyszewski obawia się deficytu i wyczerpania pieniędzy Hulewiczów. Zdecydowanie odradza uderzenie w radykalniejsze tony, do czego namawiają Jerzego młodzi zgromadzeni wokół „Zdroju”. Młodzi chcą awangardy. Ekspresjonizmu takiego jak w Niemczech. Znają go i berlińskich pism „Die Aktion” i „Der Sturm”.

Buntownicy

 

 

Jesienią 1917 roku grupa malarzy i poetów zgromadzonych wokół „Zdroju”, zakłada formację „Bunt”. Nazwa grupy odnosi się do niemieckiego słowa bunt (kolorowy). Łączy się też ze „zdrojową” tradycją, bo jak pisze Ratajczak, „Już w słowie wstępnym Przybyszewskiego można było przeczytać: «Modernizm jest tylko trywialną nazwą odwiecznego przejawu duszy ludzkiej, a zwłaszcza duszy polskiej, naszego najprostszego Buntu, naszego Liberum Veto»”.

W skład „Buntu” wchodzą: Jerzy Hulewicz, Adam Bederski, Małgorzata i Stanisław Kubiccy, Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, August Zamoyski, Jan Jerzy Wroniecki, Artur Maria Swinarski i Jan Panieński.

„Prawie wszyscy – pisze o „Buntownikach” Józef Ratajczak – mieli […] powiązania z niemieckim ruchem ekspresjonistycznym, z berlińskimi czasopismami «Die Aktion», «Der Sturm» oraz z artystami z kręgu «Die Brücke»”. Stanisław Kubicki, urodzony w Niemczech poeta, publicysta i grafik, studiował w Berlinie, działał w polskich lewicowych kołach akademickich i w Związku Spartakusa. Jego żona Małgorzata, z pochodzenia Niemka, była plastyczką i poetką. Adam Bederski, poeta, studiował filozofię w Berlinie i Monachium. W Niemczech studiowali również Stefan Szmaj, Jan Wroniecki i Bohdan Hulewicz. August Zamoyski przebywał w Berlinie jako jeniec wojenny, a podczas późniejszego pobytu w Monachium zbliżył się do grupy Kandinskiego „Der Blaue Reiter”.

Przemycane na front pismo „Die Aktion” czytał również Witold Hulewicz. Ale podczas gdy artystów sztuk plastycznych interesowała w berlińskim piśmie grafika, Witold chłonął wiersze niemieckich żołnierzy-poetów.

 

 

Pan ma dużo do powiedzenia

 

 

W marcu 1918 roku Witold Hulewicz debiutuje w „Zdroju”. Pisze pod pseudonimem Olwid, utworzonym z przestawienia kolejności sylab swojego imienia.

W wysmakowanym artystycznie dwutygodniku ilustrowanym poświęconym kulturze umysłowej i literaturze, między Goethem i rozważaniami Przybyszewskiego o walce ducha z materią, pojawia się wojna. Olwid recenzuje książkę Bernharda Kellermanna Der Krieg im Westen (Wojna na Zachodzie). Zauważa, że to „jedna z wartościowszych książek, jakie napisano o wojnie, bo przemawia z niej człowiek, a nie nacjonalista”. Podkreśla respekt autora dla żołnierzy i jeńców z armii przeciwnika. Sprawiedliwość, z jaką Kellermann mówi o pierwszej wojnie światowej, jako o hańbie obydwu walczących stron. Zdaje się szukać w książce Kellermanna potwierdzenia własnych uczuć.

Przybyszewski pozytywnie ocenia debiut Olwida w „Zdroju”. Planuje dalsze jego kroki:

„Szanowny i Kochany Panie – pisze do niego 19 maja 1918 roku. – […] Listy Pańskie zdumiewają mnie niezwykłą dojrzałością sądu w Pańskim wieku, i dziwię się bardzo, że tak rzadko spotykam się w «Zdroju» z piórem Pańskim. A przecież Pan ma dużo do powiedzenia […]. Przed dwoma laty mówiłem z matką Pańską, którą niezwykle wraz z żoną cenimy, o dalszym Pańskim kształceniu […]. Osią wszelkiego literackiego wykształcenia jest znajomość nauk przyrodniczych. To bezwzględna podstawa do stworzenia sobie jakiegoś światopoglądu, podstawa przede wszystkim do filozoficznego myślenia – metafizycznego – bez którego nie ma sztuki […].

Otóż gorąco radzę Panu, byś Pan przez jakieś dwa lata zajął się naukami przyrodniczymi – filozofia, a raczej teoria poznania jest tak ściśle z nimi związana, że równocześnie pozna Pan te najważniejsze  podstawy wszelkiej wiedzy, bez której nie ma Sztuki. Upatruję w Panu właśnie tego człowieka, który może już na niedługo – oby Bóg dał!! – podejmie wraz z bratem swoim Jerzym, tę krwawą pracę naokoło kulturyzacji Poznańskiego […]. Niech się Pan tylko do mnie zwraca z całą ufnością i z tym przeświadczeniem, że każdy szczery list Pański serdeczną radość mi sprawia – niezmiernie interesuje mnie rozwój duszy Pańskiej. Teraz już znajdę tyle czasu, by na każdy list Pański odpowiedzieć! […]. Bardzo serdeczny uścisk dłoni przesyła Kochanemu Panu Stanisław Przybyszewski”.

 

 

„Bunt” w „Zdroju”

 

 

Tymczasem „Buntownicy” szykują wystawę prac plastycznych, która zatrzęsie Poznaniem. Domagają się od Jerzego Hulewicza odrębnego, „buntowskiego” numeru „Zdroju”. Przybyszewski, przerażony tym, że cały jego trud pójdzie na marne, zaklina w lutym 1918 roku Jerzego: „Nie łącz Pan tej wystawy ze „Zdrojem”. „Zdrój” nie może się  […] z nią utożsamiać […]. Tylu ludzi, którzy pragną powolnego zrozumienia, ale nie znoszą nagłych przeskoków, zaprzestałoby «Zdrój» prenumerować.”

„Niech Pan się głęboko zastanowi nad drogą, którą Pan teraz «Zdrojowi» wyznacza – pisze Przybyszewski w kolejnym liście. – Czy ta bezwzględna propaganda ekspresjonizmu w piśmie, które przecież dla wszystkich twórców było przeznaczone, «Zdrojowi» na dobre wyjdzie, śmiem wątpić. Gdyby «Zdrój» mógł odegrać tę rolę, jaką odgrywa «Aktion» lub «Sturm», to owszem – przecież mnie chyba Pan o żadne zacofane kołtuństwo nie posądza, ale «Zdrój» w Polsce z tym wybitnym kierunkiem ekspresjonistycznym w dziale artystycznym stanowczo się nie utrzyma […]. Dlaczegóż to wszystko tak gwałtownie? I teraz znowu ta fatalna awantura z tym nieszczęsnym «Buntem»”.

Przybyszewski  tłumaczy „Zdrojowcom”, że jeżeli ekspresjonizm ma się na gruncie polskim utrzymać, trzeba go w organiczny sposób połączyć z kulturą polską. Pisze teksty, które staną się zapleczem teoretycznym dla polskich ekspresjonistów: artykuł Powrotna fala i książkę Ekspresjonizm, Słowacki i „Genezis z Ducha”.

Zdaniem Przybyszewskiego ekspresjonizm nie jest niczym nowym. Już Słowacki wyraził w „«Genezis z Ducha»  odwieczną w twórczości ludzkiej istotę ekspresjonizmu”, pisząc, że „wszystko dla ducha i przez ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje.”

„Obtrąbiono ekspresjonizm jako coś nowego – och! – dalibyśmy sobie raz wreszcie spokój z «nową» sztuką, «nowymi» prądami, «nowymi» kierunkami! Nie ma nic nowego w dziedzinie ducha, li tylko ustawiczna walka, wieczne zmaganie się Jakuba z Aniołem, bezustanne zapasy materii z duchem” – pisze Przybyszewski w Powrotnej fali.

 

 

Oto Bunt – rozbicie stężałej skorupy!

 

 

Wystawa „Buntu” wiosną 1918 okazuje się sukcesem. „Buntownicy” sprzedają niemal wszystkie wystawione prace. Nie obywa się bez skandalu: cenzura każe zdjąć z wystawy kilka „niemoralnych” eksponatów. „Buntownikom” w to graj! Demonstracyjnie przenoszą się do innego lokalu.

„Oto Bunt, oto rozbicie stężałej skorupy, oto podarcie na strzępy uświęconej tradycji artystycznej” – pisze o wystawie „Zdrój”.

Do artystów sztuk pięknych dołączają poeci. Zenon Kosidowski, współpracownik „Zdroju” wspomina, że „pierwszą zapowiedzią istotnie głębokich przeobrażeń” w piśmie są Wiersze Adama Bederskiego.

1 kwietnia 1918 roku „Zdrój” drukuje wytłuszczonymi majuskułami ekspresjonistyczny manifest Adama Bederskiego. Oto fragmenty: „Przekazano nam, ludziom, w testamencie [chore] na uwiąd starczy zamierzchłej Młodej Polski: uczucia rozpasane i tegoż dekokty, nastrojowość wespół z melodramatów łzawością. Uwielbienie dla rymów i rytmów (życiowych) ponurej gładkości i nie wywalczone myśli człowieczej i metafizycznych porywów urwiska”.

Przybyszewski, otrzymawszy pocztą zeszyt „Buntu”, jest zachwycony. Gratuluje Jerzemu trafnego posunięcia. W „buntowskim” numerze podoba mu się wszystko, prócz manifestu Bederskiego. Przespawszy noc, stwierdza, że manifest Bederskiego godzi w niego, jako w duchowego ojca Młodej Polski. Podobnego zdania jest jego żona. Drażni ją buta, z jaką Bederski pisze: „sami stanęliśmy i wolni”. Jakby nie rozumiał, że bez Młodej Polski nie byłoby w Polsce ekspresjonizmu!

 

„Program Bederskiego trzeba by jeszcze raz po ludzku napisać, aby być zrozumiałym – pisze Przybyszewski do Jerzego. – Postulaty, jakie zawiera, wyrażone napuszonym kunsztem niechęci, są bardzo rozsądne – niestety powyłapywane ze wszystkich kątów Europy”. Przybyszewski żałuje, że sam nie napisał tego manifestu. On, który kończąc Szlakiem duszy polskiej „błogosławił to pokolenie, które miało nadejść” i „pogruchotać tablice Młodej Polski”.

Gdy Jerzy nie daje sobie wytłumaczyć, że doradcy typu Bederskiego oraz cały ostry kurs ekspresjonistyczny doprowadzą „Zdrój” do ruiny, Przybyszewski próbuje wpłynąć na Witolda: „Lękam się tylko o przyszłość «Zdroju» – pisze do niego 19 maja 1918 roku – ale mam niezłomną nadzieję, że pan Jerzy przy swej dziwnie intuicyjnej inteligencji rychło się opatrzy i «Zdrój» skieruje na drogę istotnego «ekspresjonizmu», tego, który został zapoczątkowany w filozofii genialną intuicją Bergsona w jego Évolution créatrice – w naukach przyrodniczych  przez neolamarckizm i neowitalizm – u nas przez potężny twór Słowackiego począwszy od 1840 (Genezis z DuchaList do RembowskiegoSamuel ZborowskiKról Duch).

 

W sztuce ekspresjonizm jeszcze w powijakach – poznański ekspresjonizm żywcem przetransplantowany z Berlina – a jedynym szczerym i fanatycznym wyznawcą ekspresjonizmu – to J e r z y; portret jego Kubickiego istotnie sięga praiłów duszy i bardzo piękna jest inwokacja do św. Franciszka”.

 

 

Dwa wiersze o wojnie

 

 

Przybyszewski żali się Witoldowi na „przeholowany” kurs „Zdroju”, a ten ma inne problemy i inne fascynacje. W piśmie „Die Aktion”, z którego poznaniacy „importowali” ekspresjonizm, interesuje go przede wszystkim rubryka Dichtungen vom Schlacht-Feld (Wiersze z pola walki).Oto jeden z pierwszych wierszy publikowany w tej rubryce. Autorem jest lekarz frontowy Wilhelm Klemm:

„Jednemu urwało głowę,

Gdzieś dynda ręka,

Wyje ten bez stopy,

Kapitan dopiero co dostał w pierś,

A deszcz pada i pada”

(1914, przekład z niemieckiego Agnieszka Karaś)

 

 

O roli, jaką berlińskie pismo „Die Aktion” odgrywa w życiu wojennej generacji, pisze Erwin Piscator, podobnie jak Witold, żołnierz armii niemieckiej, a później wielki reformator teatru: „Kiedy zobaczyłem przed sobą «Die Aktion», jeden wiersz za drugim, opisujący moje cierpienie, mój strach i moją niechybną śmierć, stało się dla mnie jasne, że to nie los i nie fatum pchało nas w bagno, lecz zbrodnia przeciw ludzkości i człowiekowi. To odkrycie zawdzięczam Pfemfertowi i jego «Die Aktion»”.

 

Franz Pfemfert zamieszcza w „Die Aktion” wiersze frontowych żołnierzy, będące wszystkim innym niż zagrzewaniem do walki. Jedynym kryterium przyjmowania tekstów do druku, jest dla Pfemferta antywojenna postawa ich autorów.

Rubrykę Wiersze z pola walki otwiera Pfemfert słowami: „Ze szczególną satysfakcją zamieszczam te wiersze. Oto p i e r w s z e wartościowe wersy, jakie zrodziła wojna światowa 1914 roku”. Pfemfert zabrania przedrukowywania wierszy w tak zwanych „lirycznych ulotkach wojennych i tym podobnych kupletach”.

Aby w pełni docenić pacyfistyczną postawę Franza Pfemferta, warto przytoczyć któryś z tekstów, jakie nie miały wstępu na łamy „Die Aktion”, a jakie wytrwale podsuwano żołnierzom frontowym, w tym Olwidowi – pod nos.

 

„Zerwijmy kartkę z kalendarza: [jest] 21 luty 1915 rok.

«Hiddekk»… Słowo powyższe utworzone zostało z pierwszych liter wyrazów następującego zdania: «Hauptsache ist, dass die Engländer Keile kriegen» [Najważniejsze, żeby Anglicy dostali cięgi]. «Hiddekk!». Drobny, ale wcale znamienny przyczynek ilustrujący ogrom nienawiści rozgorzałej między Niemcami a Anglią […]”.

Twórcą najpopularniejszego wiersza w okresie I wojny światowej był poeta Lissauer. Wiersz nosił tytuł „Hassgesang gegen Egland”.

„«Co nas obchodzi Francuz i Rus» – pisał Lissauer – zwalczymy ich, po czym, gdy przyjdzie pora, zawrzemy z nimi pokój…

Ale po wieki niesytą krwi

Nienawiść, Anglio, ślubuję ci!”

[…] Kto jest ciekaw dziejów tego Hymnu nienawiści i jego autora, niech przeczyta książkę [Arnolda] Zweiga lub jej rozdział «Pierwsze chwile wojny» 1914 roku […]. Zacytuję fragmenty… «Hymn podziałał jak bomba rzucona na magazyn amunicji. Żaden wiersz nie rozszedł się tak szybko po całych Niemczech – nawet Wacht am Rhein…Cesarz był zachwycony i udekorował Lissauera Orderem Czerwonego Orła, wiersz opublikowano we wszystkich gazetach, nauczyciele odczytywali go dzieciom w szkole, oficerowie recytowali żołnierzom tę litanię nienawiści… ale nie koniec na tym. Skomponowano muzykę. Hymn rozłożono na głosy i śpiewano chórem w teatrach… Z dnia na dzień Lissauer zdobył sobie sławę, jak żaden inny poeta w czasie tej wojny»” (Tadeusz Różewicz, Dwie strony medalu, w: Przygotowanie do wieczoru autorskiego, Warszawa 1977).

 

 

„Die Aktion” – frontowa lektura Olwida

 

 

Franz Pfemfert, jedyny redaktor i wydawca „Die Aktion”, w młodości sympatyk anarchistów, stał się z czasem połączeniem pacyfisty z rewolucjonistą. Założył nielegalną A.S.P. – Antinationale Sozialisten Partei Gruppe Deutschland, działał w Związku Spartakusa.

Stworzony przez niego tygodnik polityczno-literacko-artystyczny wychodził od 1911 do 1932 roku. W najlepszych czasach miał nakład 7 tysięcy egzemplarzy, w najgorszych – jeden zeszyt rocznie. Pfemfert sam finansował pismo, dorabiając prowadzeniem księgarni i zakładu fotograficznego.

W historii Niemiec zapisał się jako zagorzały przeciwnik wojny. Już w wigilię Bożego Narodzenia 1911 roku pisał na łamach „Die Aktion”: „Święto Pokoju obchodzimy przy nabitych armatach”. Jeszcze na parę dni przed wybuchem wojny ostrzegał: „Szowinizm jest stałym zagrożeniem życia. W ciągu jednej nocy robi z rozumnych istot szaleńców.”

Najbardziej zbuntowanym i postępowym artystom dał możliwość debiutu. A do 1914 roku „postępowy” znaczyło w Berlinie ekspresjonistyczny. Berlińskie „Die Aktion” i „Der Sturm” stały się organami ekspresjonizmu.

„Der Sturm” kładło nacisk na dzieła plastyczne. „Die Aktion” było jego literackim odpowiednikiem. Obydwa pisma dzieliły ponadto różnice ideowe: „Chociaż Walden [redaktor pisma „Der Sturm”] i Pfemfert niekiedy publikowali utwory tych samych autorów, mieli inne cele; pierwszy – estetyczne. Herwarth Walden […] dla sztuki «poświęciłby ludzi». Franz Pfemfert dla ludzi poświęciłby sztukę” – pisze Thomas Rietzschel we wprowadzeniu do: «Die Aktion». Wochenschrift für Politik, Literatur und Kunst, herausgegeben von Franz Pfemfert (Berlin und Weimar 1986).

Do 1914 roku łamy „Die Aktion” wypełnia liryka. „Młodzi poeci szukają subiektywizmu, nie widząc poza nim żadnego innego sposobu samookreślenia się” – pisze Thomas Rietzschel. W dobie industrializacji i postępu nauk dowierzają tylko spontanicznym uczuciom, które, jak twierdzą, najlepiej oddać wierszem i glosą.

Zbuntowani debiutanci z „Die Aktion” stają się czołówką ekspresjonizmu: Georg Heym, Ernst Blass, Max Brod, Jakob van Hodis, Ernst Stadler, Max Herrmann-Neiße, Arthur Drey, Johannes R. Becher, Alfred Lichtenstein, Alfred Wolfenstein, Georg Kaiser.

 

 

Z wybuchem pierwszej wojny światowej, w „Die Aktion” przybywa grafiki. Pismo kamufluje się jako „służące kulturze i sztuce“. Łamy „Die Aktion” zapełniają się drzeworytami taki artystów jak: Karl Schmidt-Rottluft, Lothar Homeyer, Georg Tappert czy Egon Schiele. Drzeworyt staje się znakiem rozpoznawczym „Die Aktion”. Ekspresjoniści lubią tę formę, bo zmusza ich do koncentracji na najważniejszym i jest ostra w wyrazie. Pfemfert działa przeciwko wojnie, publikując w „Die Aktion“ humanistyczną literaturę i reprodukcje sztuki o humanistycznej wymowie. „Rysunek Egona Schiele […], dziecko tulące się do matki […] – pisze Thomas Rietzschel – ma wymowę krytyczną, jeżeli codziennie tysiące matek traci swoich synów”.

I właśnie grafiki z „Die Aktion” podziałają na wyobraźnię zdrojowych „Buntowników”. Z czasem szaty graficzne obydwu pism bardzo się do siebie zbliżą.

 

 

Czytałem Olwida!

 

 

W czerwcu 1918 roku Olwid zamieszcza w „Zdroju” własne impresje z pola walki. Przebija z nich zwątpienie w sens podstawowych wartości ludzkiego współistnienia: „Za kościołem czerwienieją się przedziwną koronką rdzawe kolce zasieków. Glob opasały i serdecznie go ściskają, nucąc mu w ucho piosenkę wesołą o bracie-człowieku, o zburzonych katedrach, o najwyższej w świecie górze z rozdartych serc usypanej […].

S ł o ń c e…? […] Czego tu szukasz? Chcesz li na katarynce zagrać samobójcy na uciechę? Kagankiem chcesz li oświetlić pierś człeczą, aby dobrze w nią trafić mógł bagnetem brat?“

                                                                                               W polu, 25 V 1918

(Olwid, Za szkiełkiem fioletu, „Zdrój”, VI 1918)

 

 

„Mój kochany Panie Witoldzie – pisze wkrótce po ukazaniu się Za szkiełkiem fioletu Przybyszewski – […]. Czytałem kilkakrotnie Olwida […]. Tak gwałtownego rozwoju duszy Pańskiej […] nie przeczuwałem. Sprawił mi Pan nieskończenie radosną niespodziankę. Tak – tak! Drogi Pani – tędy droga Pańska […].

«Kiedy drogiemu Panu będzie dane stworzyć dzieło wielkie» – pyta mnie Pan.

Może nie dziś ani jutro, ale że je Pan stworzy i to w niedługim czasie, o tym jestem tak święcie przekonany, jak o tym, żem na próżno stracił kilka lat życia na pisaniu p o w i e ś c i  – dla zarobku […].

Zerwij Pan z kajdanami wszelkiej tradycji, tak jak z nią Jerzy zerwał – wsłuchaj się Pan tylko w duszę swoją – nagusieńką – nie dozwól jej przystępu tych małych, „malusieńkich“, zewnętrznych – no, jakby to nazwać? dogmatów, «uprzedzeń» – tego wszystkiego, co jeszcze Pana z tak zwanym «otoczeniem» łączy, «ze względu» na «społeczeństwo», i jak to wszystko się nazywa – a wtedy Pan stworzy w i e l k ą  rzecz […].

Jerzy stworzył wspaniały kadłub katedry – Pan ma wieżę budować. Już to raz Panu pisałem – a że ją Pan zbuduje, w to usilnie wierzę, teraz głębiej niż kiedykolwiek, gdym ostatnią rzecz Pańską przeczytał […]”.

 

W swoich wojennych impresjach, Olwid nie rozróżnia mniej czy bardziej sprawiedliwie zabitych. W literackiej „wojskowej instrukcji obsługi” mówi o czaszce ludzkiej, niezależnie od tego, do której strony frontu właściciel czaszki należał; w hipotetycznym życiorysie oglądanych zwłok, pisze o wierze w Boga i tęsknocie za domem, nie wnikając, po której stronie frontu poległy walczył:

„To ludzka czaszka […]. Czerep taki ma każdy człowiek, ma brat twój, ma wróg. Im czaszka twardsza, tym lepiej – tym głośniej zgrzyta, gdy ją kolba rozłupie. Na to jest czaszka (…) Wiesz, co to jest tu przed tobą na ziemi? To  b y ł  człowiek. Przed rokiem, może dwoma. Człowiek, jak każdy inny. Chodził, jadł, spadł, modlił się też, może pisywał książki, a w każdym razie listy, […] przed rokiem zabili go. Za sławę i oj… Niepodobny do człowieka?

[…] Tu pierś […]. Na niej nosi się szkaplerz, a w mundurze fotografię matki. W pierś lepiej nie kłuć, bo często jest twarda. Pod tymi żebrami leży także serce, co krwi ma dużo i nie tak łatwo się przekrwawi. Tu niżej brzuch. T u  kłuć bagnetem trzeba – a mocno! Nie ma na to ratunku. Noga tylko jedna – druga pewno dalej leży […]. Ręce są obydwie […]. Nóg i rąk nie warto obcinać, bo można łatwo potem sprawić sztuczne”.

(Olwid, Patrzaj dziecino, „Zdrój”, VIII 1918)

 

 

Wiersz Hermanna Plagge

 

Witold zdaje się szukać w armii kogoś i czegoś wartego obrony. Tym kimś zdają się być niemieccy żołnierze-poeci, których wiersze znajduje Witold w „Die Aktion”.

Jeżeli młodzież artystyczna w Poznaniu fascynuje się znanymi z „Die Aktion” dziełami ekspresjonistów, to Witold identyfikuje się z wierszami niemieckich poetów-żołnierzy. Tłumaczy je na polski i wysyła „Zdrojowi”.

W listopadzie 1918 roku „Zdrój” drukuje w jego tłumaczeniu Noc wśród granatów Hermanna Plagge i Pieśń Gottfrieda Benna.

Gottfried Benn z czasem stanie się sławny, Hermann Plagge polegnie, zdążywszy opublikować kilka wierszy. Późniejsze opracowania „Die Aktion „będą o nim pisać „biograficznie niezidentyfikowany poeta”.

Olwid przetłumaczy na polski wiersz Hermanna Plagge Noc wśród granatów:

 

            […] Nad ranem wychodzę w rozoraną bruzdę rowu.

            Szron marznie na karabinów kolbach opuszczonych.

            Obco na ziemi roztapia się trup we krwi.

            Ptaszek ćwierka mężnie na krawędzi rowu.

            Zataczam się jak po nocy przehulanej –

            I błędny głupi wyraz jakiś mrucząc,

            Rozszarpaną, świeżą dłoń

            Wysoko unoszę ku zorzy –

            Jak rękawiczkę zdobytą na balu.

 

 

Zwycięsko, planowo! 

 

„Gdy w lipcu 1918 roku – wspomni po latach Witold – szala zwycięstwa przechyliła się na stronę koalicji i armia Ludendorffa poczęła «zwycięsko», «planowo», ale już stale się cofać – przewody telefoniczne mimo nadludzkich wysiłków telefonistów nagle stale były przerywane i cały ciężar pośredniczenia w wymianie raportów i rozkazów spoczął prócz konnych i pieszych ordynansów na lampie sygnalizacyjnej.

Wyszukiwało się pierwszą lepszą górę, ustawiało w szczerym polu aparat i wśród piekielnej muzyki coraz to bliżej podsuwającego się ataku, na wszystkie strony ciskało się w przestrzeń znak po znaku, wyraz po wyrazie.

Tak w okolicach Péronne jedna ze stacji świetlnych odebrała w ciągu dnia 18 września 1918 roku 47 telegramów z przedniego skraju okopów o teście takiej: «Własna artyleria strzela w nasze szeregi», «uderzyliśmy na główną linię oporu, jeżeli posiłki nie nadejdą, nie utrzymamy kanału» […], «pułk ma już tylko 120 ludzi»”.

 

© Agnieszka Karaś