Część 3.

Część 3.
Posłannictwo

Powstańcy wielkopolscy

 

Wybuch Rewolucji Październikowej w Rosji nasila nastroje rewolucyjne i antywojenne w Niemczech. W styczniu 1918 roku strajkuje w Rzeszy ponad milion robotników zbrojeniówki; domagają się pokoju i chleba. 3 listopada 1918 roku w Kilonii wybucha powstanie marynarzy floty wojennej. Podczas gdy rewolucja ogarnia miasta i ośrodki przemysłowe Rzeszy, z armii niemieckiej uciekają Polacy.

Jako pierwszy z braci Hulewiczów, przedostaje się do Poznania Bohdan. W Poznaniu zastaje wieści o przygotowaniach do antyniemieckiego powstania. U boku Mieczysława Palucha organizuje polskie siły wojskowe. Zostaje zastępcą dowódcy tajnego Sztabu Wojskowego. Również Witold dołącza do powstańców. Pomaga w organizowaniu łączności. W szeregach powstańców jest także Wacław.

27 grudnia 1918 roku wybucha Powstanie Wielkopolskie, jedno z niewielu zwycięskich powstań polskich.

16 lutego 1919 roku zostaje podpisany rozejm w Trewirze. Wzdłuż granic terenów wyzwolonych przez wojska powstańcze, wytycza się linię demarkacyjną. Mocą Traktatu Wersalskiego, staje się ona granicą między odrodzoną Polską Rzeczpospolitą i Republiką Weimarską.  Ale Witold nie wraca jeszcze do domu. Na trzy lata zostaje zatrzymany w wojsku polskim. Zamiast „Zdroju”, wyśnionego dwutygodnika poświęconego sztuce i kulturze umysłowej, redaguje „Wiedzę Techniczną”, miesięcznik ilustrowany Wojsk Technicznych Wielkopolski.

 

Jest nas tak mało

 

„To, że jest nas tak mało, to, że w Niemczech tylko «Die Aktion» przeciwstawiało się sforze, jakże mnie przygnębiało. Siedemdziesięciomilionowy naród – i jeden jedyny mały tygodnik reprezentował w sierpniu 1914 roku zdecydowaną wrogość wobec wojny, człowieczeństwo i sumienie!” – te słowa kieruje Franz Pfemfert do swojego narodu po zakończeniu wojny. O „Die Aktion” może z dumą powiedzieć: „Strony tego pisma pozostały czyste, z rubryką ogłoszeń włącznie!”.

Nie wybacza nikomu, kto „choćby w kilku słowach” opowiedział sią za wojną, jak Thomas Mann czy Richard Dehmel – pisze Thomas Rietzschel.

Latem 1918 roku „Zdrój” nawiązuje kontakty z „Die Aktion”. Można się domyślać, że za pomocą Stanisława Kubickiego. Znali się przecież z Pfemfertem ze Związku Spartakusa.

„Die Aktion” poświęca dwa zeszyty (21/22 i 35/36) utworom „Buntu” i „Zdroju”. Jednym z nich jest Zeszyt specjalny Jerzego Hulewicza (Sonderheft Jerzy von Hulewicz). Witold zamieszcza w tym Zeszycie tłumaczenie swojego wiersza „Patrzaj dziecino” („Sieh her, mein Kind”).

We wrześniu 1918 roku Franz Pfemfert urządza w Berlinie wystawę prac Jerzego Hulewicza. „Zdrój” ze swojej strony informuje polskich czytelników o berlińskich wystawach, poleca lekturę „Die Aktion” i „Der Sturm”. Na poranku ekspresjonistycznym w Poznaniu gości poeta Gottfried Keller. Innym razem Friedrich Karl Roedemeyer, autor Pośrednictwa słowa, jednego z programowych tekstów ekspresjonizmu, czyta na wieczorze „Zdroju” wiersze niemieckich autorów.

Gros niemieckojęzycznych, publikowanych w „Zdroju” tekstów pochodzi z „Die Aktion”. „Zdrój” nie omieszka podkreślić opozycyjnego stanowiska ich autorów. W październiku 1918 roku czytamy w odpowiedziach od redakcji:

„Campendonk należy do najwybitniejszych przedstawicieli sztuki nowoczesnej (ekspresjonizmem zwanej). […] Campendonk jest Niemcem; nie ma jednak żadnych wspólnych z dzisiejszym duchem niemieckim znamion. Kroczy jako jeden z pierwszych ku duchowemu odrodzeniu niemieckiego narodu”.

 

Biograf wojennej generacji

 

Kiedy w „Zdroju” 1918 roku trwają debaty na temat ekspresjonizmu, Olwid zachowuje odrębność stylistyczną i tematyczną. Rzeczywistość wojenna zbyt mocno go determinuje, aby mógł bawić się w teoretyczne rozważania.

W grudniu 1918 roku „Zdrój” drukuje „Szepty” Olwida:

            Lubił noce. –

            Liliowe, oddechem dwunastu biednych piersi falujące noce. Dzień

            każdy niósł katusze sroższe od poprzedniego. Paląca rana w brzuchu

chyba tylko rozrywką mu była i miłą odmianą. Gdy tętent galopującej krwi uspokajał się w ranie, nieruchome dotąd zwoje mózgu poczęły się ruszać

i rozwijać w najpotworniejsze gady.

A pośród nich najszkaradniejszy płaz cicho syczał:

Mor-der-ca…

Ten szept syczący nie ustawał, powracał setki razy […]

                        Zjawiły się korowody myśli i wiankiem otoczyły słowo-szkaradę:

                        Pierwsza myśl: skrzekliwy głos i błękit pruski plugawych oczu,

                        Para epoletów się srebrzy –

                        Druga: oko – wizjer karabinu – głowa ludzka i pierś nad rowem –

                        Trzecia: palec się wzdraga – drży – wrzeszczy: nie,

                        N i e!!! – bo tak młoda i tak niemądra jest ona głowa ludzka nad rowem –

                        Inna myśl: karabin bluznął i trzasnął w policzek mordercę –

                        Niemądrej głowy już nie ma nad rowem. –

                        Mor-der-ca…

Oprócz opisywania własnych impresji, Olwid szuka w wierszach niemieckich poetów, odpowiedzi na nurtujące go pytania. Jeszcze jako powstaniec przystępuje do rozrachunku z wojenną przeszłością. Przetłumaczone przez niego w styczniowym „Zdroju” 1919 roku, „wiersze najnowszych liryków niemieckich”: Antona Schnaka, Alfreda Lichtensteina, Walthera Rilla i Kurta Finkensteina, układają się w rodzaj biografii wojennego pokolenia. Jest to również biografia tłumacza.

Pierwszy z przetłumaczonych w tym cyklu wierszy jest próbą samookreślenia młodego człowieka, z uwzględnieniem zburzonych przez wojnę iluzji:

Anton Schnak – Żal

Ja, którym z młodego wyszedł nasienia mego ojca,

Ja, który z wiośnianej wykwitłem matki mej miłości

I jestem na to, by z trudem obracać koła małego życia

Nędzy, skąpego wesela, miłości, goryczy

I snów błogich […]

                        („Zdrój”, I 1919, spolszczył Olwid)

 

Chrześcijanie czy żołnierze

 

Gdy jeden z polskich krytyków literatury, analizując rozwój futuryzmu w 1919 roku, szczególnie ostro krytykuje twórców niemieckich, „Zdrój” odpowiada: „Cały świat mniej lub więcej (Polska również) uległ «kultowi samolubnego mózgu, cywilizacji, techniki – w przeciwstawieniu do kultu głębokiej poezji i istotnej kultury». Istota niemiecka na tym tle ujawniła się może siłą rzeczy jaskrawiej i brutalniej, dlatego jej przede wszystkim uczyniono zarzut zapodziania gdzieś istotnej głębi kultury. Jednakże w młodej twórczości niemieckiej wybija się dzisiaj  już zupełnie wyraźny pierwiastek metafizyczny, od wszelkiej brutalności życia i materii odgrodzony (Werfel, Jung, Lasker-Schüler, Heym)…”.

                                                           („Zdrój”, XII 1919)

Jednym z tłumaczy, wymienionych tu autorów, jest Olwid.

W październiku 1919 roku „Zdrój” drukuje w jego przekładzie Matkę i Weltschmerz Elsy Lasker-Schüler oraz Umbra vitae Georga Heyma.

Olwid traktuje niemieckich autorów jako pomost między społeczeństwem polskim i niemieckim. Zaznacza, że ten czy inny, tłumaczony przez niego tekst, znalazł się w Niemczech na cenzurowanym. Przy okazji tłumaczenia eseju „Tołstoj” autorstwa Thei Sternheim, zaznacza: „Artykuł powyższy ukazał się w roku 1916 w antologii Das Aktionsbuch i natychmiast znalazł się na indeksie pruskiej cenzury wojennej”.

Esej Thei Sternheim jest swego rodzaju manifestem pacyfistycznego ekspresjonizmu: „Poeci jak [Franz] Werfel i Francis Jammes strzegli za dni naszych łagodnego płomienia miłości bliźniego, płomienia, który nie zagasł od Ewangelii poprzez czasy św. Franciszka z Asyżu. Od czasu jednak, jak świat się obraca pod znakiem krwi, a wszelkie cielesne i duchowe siły narodów wytężone są w celu osiągnięcia szczytu nienawiści, nie stało miejsca dla łagodnych […]. Usuwają się w samotność i milczą. Nie powinni jednak milczeć w godzinie, w której pasja pewnej kategorii ludzi dosięga zenitu […].

Miłuj nieprzyjaciół swoich […] – mówi Chrystus. Nienawidź nieprzyjaciół twoich, zniszcz ich – mówi państwo […]. Żaden dogmat nie zdoła zarzucić mostu między przepaścią dzielącą postulaty Ewangelii od dzisiejszych państw […].

Lew Tołstoj przewidział katastrofę, która nawiedziła teraz chrześcijaństwo. On wiedział, że wojna w okresie przymusowej służby wojskowej żąda dla chrześcijańskiego sumienia zgoła innych rozstrzygnięć niż w czasach, kiedy państwa pozostawiały ludziom wolność chwycenia lub niechwycenia za oręż […].

Najwyższe wyrobienie się narodowej świadomości musi za sobą pociągnąć agonię myśli chrześcijańskiej. Człowiek będzie miał do wyboru Chrystusa, albo narodową ojczyznę […].

Absurdem jest chcieć wychowywać c h r z e ś c i j a n tam, gdzie żąda się tylko ż o ł n i e r z y […]”.

(Thea Sternheim, Tołstoj, „Zdrój”, VIII 1919, spolszczył Olwid)

„Dość nienawiści!” – apeluje w styczniu 1919 roku „Zdrój”. – „Głośmy i dokonujmy Ewangelię Miłości”.

Z krwawej przeszłości należy wyciągnąć wnioski. Ludzkość musi się odrodzić moralnie i duchowo. A jeżeli takiej potrzeby nie widzi, trzeba ją do tego przekonać. Jednym z pierwszych „Zdrojowców”, który próbuje wykorzystać ekspresjonizm do działalności społecznej, jest Jan Stur. Zdezorientowanemu po latach zaborów i wojny społeczeństwu, każe szukać wzoru postawy obywatelskiej u Słowackiego i Mickiewicza.

Olwid dołącza do ekspresjonistów latem 1919 roku.

 

Staje się we mnie cisza wielka

 

Zimą 1919 roku wybucha wojna polsko-sowiecka. „Zdrojowcy” znowu nie mogą sobie pozwolić na pacyfizm. Znaczyłoby to oddanie się w niewolę bolszewizmu. O obliczu nowej fali zabijania, Olwid pisze nowy wiersz:

            Jestem mordercą.

            Wczoraj o czwartej nad ranem przydybałem go, gdy wracał.

            Wchodził w czeluść bramy. Zaczajony stałem w otchłani,

            rozjaśnionej błyskiem moich oczu. Zabiłem.

            A teraz idę […].

                                    (Dookoła wieży (Z dni bojowania), „Zdrój”, III 1920)

W sierpniu 1920 roku, po tym jak armii polskiej udaje się zmusić bolszewików do odwrotu, Olwid pisze „Manifest Nowego Dnia“, w którym żegna się z pewnym etapem w życiu i twórczości:

            Dokonuje się we mnie cud.

            Staje się we mnie cisza wielka.

            Oddaję wam wszystko powiedziane.

            Wszystkie papierki przeszłości.

            Chrystus we mnie, obudziwszy się, zagroził wiatrowi.

            I rzekł we mnie: milcz.

            Staje się we mnie cisza wielka.

            Nabożeństwo poczęte.

            Zamilkłem, by przemówić…

           

           

Zerwanie z „Die Aktion“

 

„Nie chcemy pokoju! – który wtrąci Polskę w nową straszniejszą noc niewoli bolszewickiej” – głosi, drukowana jesienią 1920 roku w „Zdroju”, reklama pożyczki państwowej – „Chcemy pokoju sprawiedliwego, na zasadzie równości narodów opartego, ani Polski, ani ludu rosyjskiego nie hańbiącego, pokoju, ładu, chrześcijaństwa i wolności!!! W walce o taki pokój pomoże nam polski żołnierz i pożyczka”.

W nastroju konfliktu polsko-sowieckiego, czytelnicy chcą wiedzieć, co łączy „Zdrój” z „bolszewickim pismem niemieckim «Die Aktion»?” – „Nic, zgoła nic!” – odpowiada redakcja w lipcu 1920 roku.

„Nie powinno jednak dziwić nikogo, że «Zdrój» – tłumaczy się redakcja – swego czasu utrzymywał stałą łączność z najnowszą twórczością niemiecką, także za pośrednictwem «Die Aktion» […]. Kto zna rozwój tego czasopisma […], ten łacno oceni, iż obok rewolucyjnego zacięcia było ono znakomitym wyrazem wspaniałej twórczości niemieckiej ostatniej doby […]. Dlatego «Zdrój» utrzymywał łączność z «Die Aktion».

Wszelako z chwilą runięcia potęgi państwa niemieckiego, przeciwko któremu szedł kierunek «Die Aktion», runęła też wszelka wartość ideowa tego pisma […]”.

                                                                                               („Zdrój”, VII 1920)

W listopadzie 1918 roku „Die Aktion“ rezygnuje z propagowania literatury i sztuki na rzecz publicystyki politycznej. Drukuje pisma Róży Luksemburg i Karla Liebknechta. Tłumaczy prace Lenina, publikuje konstytucję Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Sowieckiej. Podczas gdy Pfemfert wierzy, że „Proletariat Rosji sprowadzi na twardą ziemię Królestwo Boże”, dla Polski Rosja Sowiecka jest wizją zaboru, jakiego jeszcze nie było. Dlatego drogi „Die Aktion” i „Zdroju” rozchodzą się.

„Die Aktion” ma coraz więcej wrogów. W latach dwudziestych Pfemfert krytykuje oligarchię komunistyczną ZSRR i Niemiec, bo korumpuje ona władzę rad. „Legitymacja partyjna jest liberią proletariackich lokajów” – pisze Pfemfert na łamach „Die Aktion”. Do współpracy zaprasza Lwa Trockiego. Pismo, które niegdyś wychodziło w nakładzie 7 tysięcy egzemplarzy, w roku 1919 ma śladowy nakład. Coraz bardziej schodzi na margines życia społecznego.

Podobne chmury zaczynają się gromadzić nad „Zdrojem”.

 

Zgubiła się kiedyś dusza

 

W „Zdroju” panuje chaos ideowy. Od lata 1918 roku, odkąd odszedł Przybyszewski, w piśmie ścierają się trzy siły: umiarkowani ekspresjoniści, autorytety Młodej Polski i „Skamandryci” – warszawska młodzież poetycka.

Jarosław Iwaszkiewicz, „Skamandryta”, który swoimi wierszami przyćmiewa wszystko, co się w owym czasie w „Zdroju” drukuje, wspomina, że współpraca „Skamandrytów” ze „Zdrojem” kończy się w momencie powrotu Olwida z wojska. Iwaszkiewicz twierdzi, że było to wiosną 1920 roku, inne źródła podają 1921 rok.

„Jego [Olwida] powrót z wojska rozpoczyna ową erę czystego ekspresjonizmu w «Zdroju»” – napisze Iwaszkiewicz.

W programie ekspresjonizmu czytamy: „Zgubiła się kiedyś dusza. Zgubiła się bez reszty. Wygnał ją świst lokomotywy, zabił turkot aeroplanu lub innych, niemniej potwornych bogów naszych – maszyn […]”.

W grudniu 1920 roku „Zdrój“ ogłasza „nową ducha erę“ i związaną z tym „reinkarnację“ pisma. Zenon Kosidowski wspomina: „Ekspresjoniści nie tylko chcieli odrodzić sztukę i nadać jej właściwy sens, ale uważali, że są powołani do tego, aby spełnić na ziemi dziejowe posłannictwo. Poczytywali siebie za apostołów, przynoszących zmaterializowanemu światu miłość Chrystusową i światło Ducha […]”.

Olwid tłumaczył teraz z niemieckiego Lothusblüthen (Kwiaty Lotosu), ezoteryczną literaturę Wschodu. „Zdrój” pisał o kontaktowaniu się ducha autora z duchem czytelnika książki. Potępiał księgarstwo jako „handel żywym towarem“. Proponował czytelnikom kanon pism „największych z duchów wielkich”: Księgi Hermesa, Księgi Vedy, Przemówienia Buddy, Pismo Święte, Koran. Dużo miejsca poświęcało się w „Zdroju” Bogu i religiom świata.

Kościół katolicki nie zaakceptował uprawianej przez „Zdrój” ewangelizacji. Uznał pismo za bluźniercze. Polskie drukarnie odmówiły „Ostoi” usług. Kilka numerów „Zdroju” wydrukowano w niemieckich zakładach poligraficznych w Poznaniu.

 

W 1922 roku ukazał się ostatni tom „Zdroju”. Wydawnictwo i pismo braci Hulewiczów miało takie długi, że na ich pokrycie przyszło sprzedać Kościanki.

Co się stało z ekspresjonizmem w Polsce? Jerzy Hulewicz pozostał wierny teozoficznej wizji ekspresjonizmu. U Olwida i innych autorów ekspresjonizm przebłyskiwał jeszcze w późniejszych utworach – napisał Zenon Kosidowski, jeden z członków ekspresjonistycznej ekipy redakcji. Jako kierunek artystyczny, realizowany przez pewną grupę, przestał istnieć wraz z rozwiązaniem „Zdroju”.

„Jest to los wszystkich prądów i okresów literackich, że muszą prędzej lub później zgasnąć. Ekspresjonizm nie mógł pod tym względem stanowić wyjątku. Ale osobliwość jego polega na tym, że w dwudziestym wieku, wieku maszyny i hipercywilizacji, na gruncie takiego miasta jak Poznań, odżyła tradycja cyganerii artystycznej i powstało takie ekstatyczne uwielbienie sztuki. Ci, którzy to przeżyli, są szczęśliwcami, bowiem taka sposobność nadarzyła się w naszej erze zapewne po raz ostatni”.

                          (Zenon Kosidowski, „Zdrój” i ekspresjonizm, Poznań 1931)

 

To wstyd nie mieć pieniędzy!

 

W 1920 roku Witold żeni się z warszawianką Anną Karpińską.

„Młoda para wyjechała zaraz po ślubie do Poznania, który dla Hani był miastem obcym, pełnym chłodnych i solidnych Wielkopolan, zupełnie innych od rodzimych warszawiaków – napisze po latach córka Witolda i Anny. – Na głowę młodej mężatki spadły liczne obowiązki, którym nie potrafiła sprostać. Nie umiała gotować, oszczędnie gospodarować ani cierpliwie znosić częstej samotności w małym mieszkaniu, kiedy mąż wybiegał „na chwilkę”, a wracał po kilku godzinach. Miał tyle spraw na głowie: to był w Związku Literatów, to u przyjaciela Zenka Kosidowskiego, to u kogoś w sprawach «Zdroju», na polecenie brata Jerzego.

Młoda żona chciała mieć dom z prawdziwego zdarzenia, podobny do tego, w jakim wyrosła, solidny, mieszczański, gdzie nie brakło nigdy «do pierwszego» […]. Oczywiście kochała Witolda i zachwycała się jego inteligencją, fantazją i planami na przyszłość. Żeby jednak nie istniała tylko «przyszłość», lecz i dzień dzisiejszy. Ten zaś był mglisty, niespokojny i zupełnie nieustabilizowany”.

(Agnieszka Hulewicz-Feillowa, Rodem z Kościanek)

Witold studiuje filozofię na Uniwersytecie Poznańskim. Uczy się księgarstwa u „Fiszera i Majewskiego”. Stałych zarobków nie ma. Teść Witolda, który jest dyrektorem Banków Spółdzielczych, ma w zwyczaju powtarzać: „To wstyd nie mieć pieniędzy. Każdy przyzwoity człowiek powinien umieć je gromadzić”. Witoldowi nie łatwo jest puszczać te uwagi mimo uszu, bo o teściu przypominają emitowane w tym czasie banknoty –  Stanisław Karpiński jest na nich podpisany!

„Życie w powojennej Polsce było jeszcze nieustabilizowane. Trudno było znaleźć dla siebie właściwe miejsce i pole do popisu. Trudno wymagać, żeby ktoś taki jak Witold podporządkowywał się wyznaczonym godzinom, żeby przychodził na czas na obiad czy miał określoną sumę pieniędzy na każdy miesiąc… I tak w kółko, codziennie… On się nie umie dostosować, żona się skarży, mama dogaduje, teściowie ślą listy pełne niepokoju: jak sobie radzicie? […] Co Witold w ogóle robi? Oni tego nie rozumieją, jak tak można żyć bez ładu i składu… To się musi źle skończyć!…”.

(Agnieszka Hulewicz-Feillowa, Rodem z Kościanek)

W styczniu 1922 roku rodzi się autorka cytowanej tu książki, córka Anny i Witolda, nazywana przez rodziców Jagienką. Hulewiczowie przeprowadzają się do Warszawy. Wynajmują mieszkanie na peryferiach miasta, w Jeziornej, bo tam najtaniej. W centrum Warszawy, przy ulicy Wspólnej 59 zakłada Witold księgarnię wydawniczą. Na wspólnika bierze Kazimierza Paszkowskiego. Pieniędzy na start pożycza teść. Spółka „Hulewicz i Paszkowski” wydaje książki z zakresu filozofii, sztuki i literatury pięknej. Są tam pozycje ambitne, jak „miniaturki” klasyków, są i „chwytliwe tytuły w rodzaju Jak Nana córeczkę swą Pippę na kurtyzanę kształciła Pietra Aretina” – pisze Józef Ratajczak.

Podczas gdy Witold szuka sobie miejsca w szczelnym świecie artystycznym Warszawy, na podwarszawskim pustkowiu wyczekuje żona z małym dzieckiem. Narastają spięcia spowodowane brakiem pieniędzy i zawiedzionymi nadziejami Anny.

© Agnieszka Karaś