Część 6.

Część 6.
Ataki na „nietutejszego”

Beethovenizacja Litwy


„Najbardziej zaskakująca była Hulewiczowska metoda pracy […] – wspomina lata dwudzieste Edward Kozikowski. – Na wolnym powietrzu, w ogrodzie, pod osłoną drzew liściastych, oczywiście z wyjątkiem dni dżdżystych, rozstawiał Hulewicz dwa, trzy stoliki; na nich rozkładał niezliczoną ilość książek, przeważnie niemieckich, i zerkając to do jednej, to do drugiej, to wreszcie do dziesiątej, tworzył dzieło swoje o życiu i twórczości Beethovena pt. Przybłęda Boży. Po południu udawał się do Wadowic, wraz z Leokadią Essmanowską, która u znajomych grała mu na pianinie utwory Beethovena, aby autora pracy o wielkim kompozytorze wprowadzić w odpowiedni nastrój” (E. Kozikowski, Więcej prawdy niż plotki, Warszawa 1964).

 

Wspomnienia Kozikowskiego wiążą się z pobytem Witolda w Gorzeniu Górnym obok Wadowic. Witold gościł tam u Emila Zegadłowicza. Prawdopodobnie „uciekł” na jakiś czas w beskidzkie zacisze, aby z dala od hałaśliwej Warszawy i problemów finansowo-rodzinnych, trochę popisać. Książka o Beethovenie rodziła się z trudem. Hulewicz przedzierał się przez korespondencję, pamiętniki i mnóstwo tekstów krytycznych. Pracę nad Przybłędą Bożym zaczął, mieszkając jeszcze w Poznaniu. Kontynuował w Warszawie i Wilnie. Odwiedził również Bonn – miejsce urodzenia Beethovena. Już mieszkając w Wilnie, doszedł do wniosku, że wszyscy ludzie powinni słuchać muzyki Beethovena tak często jak on. Na Kresach Wschodnich nie było jeszcze radia, więc zaczął objeżdżać wsie i miasteczka, grając na przygodnych pianinach muzykę „swojego” kompozytora. Wygłaszał też pogadanki o Beethovenie. Czasem brał ze sobą kompozytora Tadeusza Szeligowskiego. Grali wtedy na cztery ręce.

 

Mianował tę akcję Beethovenizacją Litwy.

 

Przybłęda Boży

 

Przybłęda Boży, opowieść o Ludwiku van Beethovenie, ukazuje się w 1927 roku, nakładem księgarni św. Wojciecha w Poznaniu. Hulewicz dedykuje książkę swojej matce, jako tej, która nauczyła go miłości do muzyki.

 

Opowieść o głuchnącym kompozytorze, Hulewicz opatruje mottem:

                        Święty Franciszek, gdy oślepł, napisał

                        Hymn do Słońca. Dopiero gdy oślepł…

Przybłęda Boży doczekuje się wznowień w latach 1939, 1959, 1970 i 1982.

 

Słowo wstępne do trzeciego wydania pisze Jan Parandowski. Wspomina, że w czasach, kiedy powstaje książka, panuje moda na vies romancées, rodzaj biograficznych powieści, żyjących „anegdotą, sekretami salonu, jadalni i sypialni”. „Zdarzały się – pisze Parandowski – życiorysy wielkich poetów, gdzie wszystko można było wyczytać oprócz dziejów ich ducha i poezji”.

 

Hulewicz nie idzie za modą. W swojej książce daje obraz życia Beethovena po to, by tłumaczył twórczość kompozytora. Często wstrzymuje, opartą na biograficznych faktach akcję, by opisywać stan ducha Beethovena. W takich momentach przypomina się „Zdrój” w ostatniej jego fazie. Ekspresjonistyczny hołd dla artysty, porównanie cierpiącego twórcy z Chrystusem. Niektóre z patetycznych fragmentów książki bardziej postać twórcy od czytelnika oddalają niż przybliżają. I odwrotnie: tekst zyskuje na sile, gdy autor wraca do rzeczywistości. Na przykład motywację do napisania Symfonii pastoralnej łączy Hulewicz z dramatem utraty słuchu przez Beethovena. Kreuje sytuację zrozumiałą dla szerszego niż muzykolodzy grona czytelników: „Więc pozwólcie mi teraz, w całym spokoju, na zawsze spisać, co słyszałem dokoła siebie, kiedy nie byłem jeszcze kaleką […]. To było tak niedawno. Pamiętam, jak to wiatr śpiewa w jesieni, jak lipa dźwięczy pszczelnym chórem, jak huczy kamień w wodospadzie, jak skrzy się tonami symfonia upału. Znam wszystkie pluski, szmery, huki, poświsty, szepty, hukania, syki […]. Tu je zamknąłem w oprawie harmonii. Uwieczniłem wszystkie burze, gromy, nawałnice, tucze, pioruny, ulewy […]. I wszystkie cisze. Słyszący byłem. Nic, co brzmi, nie było mi obce” (W. Hulewicz, Przybłęda Boży. Beethoven, czyn i człowiek).

 

 

Wszędzie był Hulewicz!

 

 

Jest rok 1933. Witold Hulewicz, „przybysz z Warszawy”, jest dyrektorem programowym wileńskiej stacji Polskiego Radia.

 

Rozgłośnia Wileńska obchodzi pięciolecie swojego istnienia. Dzień jubileuszowy rozpoczyna transmisja sumy z kaplicy w Ostrej Bramie.

 

„Z tego to cudownego miejsca mikrofon wileński przez pięć lat stale w pierwszą sobotę każdego miesiąca nadawał na wszyst­kie stacje Polski nabożeństwa ku czci Najświętszej Marii Pan­ny – czytamy w «Radiu» nr 3. – Transmisje te zyskały sobie ogromną popularność w kraju i za granicą, szczególnie na Li­twie Kowieńskiej i w Sowietach. Ostatnio nadeszła do radia wileńskiego pocztówka z Moskwy (cudem puszczona przez cen­zurę), prosząca o częstsze tego rodzaju audycje popołudniowe, gdyż porannych nabożeństw niedzielnych z Polski odbierać nie sposób…”.

 

W jubileuszowy dzień chóry wiejskie śpiewają kolędy i bia­łoruskie piosenki ludowe. Wirtuoz Witold Jodko gra na cytrze. O godzinie 16.00 emitowane jest słuchowisko dla młodzieży pod tytułem Pożegnanie z Winnetou (książkę Karola Maya „przykroił” dla potrzeb mikrofonu Tadeusz Byrski). O godzi­nie 20.00 nadawany jest eksperyment radiowy Faktomontaż, który ma uwidocznić postęp techniczny ostatnich pięciu lat. O godzinie 20.15 Hulewicz wygłasza esej W kukułczym gnieź­dzie. Jest to podsumowanie pracy Rozgłośni Wileńskiej. Audy­cja transmitowana jest na całą Polskę.

Jubileuszowy numer „Fali Wileńskiej” zamieszcza czarno-biały portret dyrektora programowego wileńskiej stacji Polskiego Radia. Jest to grafika autorstwa Iwo Galia, scenografa „Reduty”. Hulewicz wygląda na niej jak dyktator.

 

 

Dyrektor wygłosił już 230 Skrzynek Radiowych. Odpowiedział na ty­siące listów. Z okazji jubileuszu dzieli słuchaczy na trzy grupy:

„Pierwsza klasa to będzie słuchacz entuzjasta. Przyjmuje z wdzięcznością wszystko, co mu słuchawka do ucha szepcze albo ryczy […].

Druga klasa – to będzie słuchacz sceptyk. Sceptykiem jest także w życiu, nie tylko w listach do radia. Są różne stopnie tego sceptycyzmu. Może to być sceptycyzm zdrowy, może być chorobliwy. Bywają i takie jego objawy: «dlaczego prelegent X chrząknął? […]. Płacę trzy złote, więc wymagam!». Nie chciałbym być żoną takiego słuchacza, mężem takiej słuchaczki!…

Trzecia klasa, złota, środkowa klasa słuchaczy to będzie słu­chacz twórczy […]. Słucha dlatego, że się czegoś dla siebie po naszej audycji spodziewa: korzyści wewnętrznej lub wypoczyn­ku”.

 

Kierując rozgłośnią o zasięgu ponadregionalnym, Hulewicz zyskuje wpływ na opinię publiczną. Tak się składa, że jeden z tytułów radiowych – „Fala 581”, jest bezpłatnym dodatkiem do „Słowa”. Przedsiębiorczy dyrektor programowy zdaje się grać na nosie królowi prasy wileńskiej. Stanisław Cat Mackiewicz musi zamieszczać portrety konkurenta i sprawozdania z je­go niekończących się sukcesów. Dodatek radiowy przyciąga rzesze czytelników.

Hulewicz jest obecny na antenie jako redaktor, autor i tłu­macz. Oto przykłady zapowiedzi programowych Rozgłośni Wi­leńskiej z lat trzydziestych: „Witold Hulewicz opowie słuchaczom o swojej przechadz­ce nad Wilią” („Radio”, 1932, rok VII, nr 3.)

 

„Witold Hulewicz opowie o legendach wileńskich” („Ra­dio”, 1932, rok VII, nr 6).

 

„Mamy w bieżącym tygodniu ciekawy koncert gramofono­wy. Zostaną wykonane utwory Beethovena […]. Słowo wstęp­ne wygłosi dyr. Witold Hulewicz; jeżeli chodzi o Beethovena bezwzględnie kompetentny.” („Radio”, 1930, nr 45).

 

„Dyrektor Hulewicz podda się operacji wycięcia migdałków. Zwolennicy naszej stacji mogą się nie obawiać. Skrzyn­ka [Radiowa] nie starci ani na dowcipie, ani w razie potrzeby, na ciętości. Tak samo będą dostawać cięgi przeciwnicy oper, jak i zbyt nieubłagani wrogowie jazzbandu. Tylko, że teraz wszystko mocniejszym głosem!” („Radio”, 1930, nr 45).

 

„Witold Hulewicz w roku ubiegłym skończył przekład po­ematu Rilkego p.t. Księga godzin […]. Irena Łubiakowska re­cytować będzie fragmenty […]. Z inicjatywy p. Hulewicza zaprojektowaliśmy dyskusję o sa­mobójstwach” („Radio”, 1933, rok VIII, nr 10).

 

„Dnia l listopada odbyła się, zainicjowana przez Witolda Hulewicza, 200 Środa Literacka […]. Wi­told Hulewicz zda niejako sprawę z działalności «Środowej» w felietonie retrospektywnym” („Radio”, 1933, rok VIII, nr 48).

 

„Polskie Radio organizować będzie co miesiąc felie­ton z każdej rozgłośni, omawiający ruch literacki danego mia­sta. Zaczynamy od Wilna. Głos zabierze Witold Hulewicz […], niezmożony w wynajdywaniu imprez, które by ożywiły życie kul­turalne Wilna” („Radio”, Warszawa 1933, rok VIII, nr 19).

 

„Obecność Hulewicza w Wilnie była niesłychanie silna. To znaczy w środowisku literackim i artystycznym. Wszędzie był Hulewicz” – wspomina Czesław Miłosz.

 

Menadżer Kresów Wschodnich

 

 

Hulewicz zabiera się za promocję Kresów Wschodnich. Pisze Gniazdo żelaznego wilka, przewodnik po Wileńszczyź­nie. Adresuje go do młodego czytelnika z centralnej i zachod­niej Polski. Uwzględnia barierę niewiedzy i niechęci, jakie tu­rysta z Zachodu odczuwa często względem Wschodu. „Odbie­ra” czytelników z dworca wileńskiego i chytrze ich prowadzi najciekawszymi drogami polsko-litewskiej przeszłości.

 

Nawią­zując do obrazów i doświadczeń, jakie znają – monotonnej pa­noramy Warszawy, huku i gwaru – proponuje im tajemnicze uliczki, którymi biegał do szkoły Mickiewicz, litewską pusz­czę, legendy i jarmarki: „Trzeba przemierzyć krainę wzdłuż i wszerz, ale nie koleją i nie samochodem: pieszo najlepiej, kajakiem albo nartami […]. Trzeba błądzić wśród resztek puszcz, którym udało się przeżyć zabory i wojny. Trzeba przemykać się cicho przez przyczajone w zieleni zaścianki i wsie, szaro przykucnięte przy ziemi, jak zalęknione dzikie króliki. Trzeba okiem śledzić falujące pagór­ki, zadumać się nad szerokimi jeziorami” (W. Hulewicz, Gniazdo żelaznego wilka).

 

Prezes

 

 

W grudniu 1932 roku Hulewicz zakłada Erwuzę – Radę Wi­leńskich Związków Artystycznych. Pół roku później zostaje jej prezesem. Zrzeszając niemalże całość środowiska twórczego Wileńszczyzny, Erwuza stanowi rzadką w warunkach polskich jedność. Udaje jej się przeforsować wiele decyzji, dotyczących regionu. Erwuza nie dopuszcza do sprzedaży za granicę zabyt­kowych gobelinów z wileńskiego skarbca katedralnego. W mu­rach bazyliańskich organizuje czytelnię czasopism artystycz­nych, cykl odczytów o dawnym Wilnie i studium muzyczne.

 

Będąc prezesem Erwuzy, Hulewicz interweniuje i agituje, gdzie tylko może. Sam zabiega o podpisy pod petycjami i pro­testami. 

 

Na jednej z petycji umieszcza w długim słupku nazwiska osób i organizacji, które poprosi o podpis (wiele z nich w jakiś sposób przewinęło się przez Celę Konrada.) Na samym dole Hulewicz umieszcza nazwisko prezydenta miasta z prośbą o „wskazanie dalszych osób, mogących złożyć podpis”.

  

Wyłączny tłumacz utworów Rilkego

 

 

Dni Hulewicza wypełnione są pracą. Wstaje o szóstej rano, je obfite śniadanie, idzie do radia. Popołudniami pracuje w Związku Literatów. Na pisanie własnych tekstów i tłumacze­nia z niemieckiego zostają noce. Do poduszki czyta Myśli Pas­cala i Wyznania świętego Augustyna. W jego bibliotece jest re­gał „niemiecki”, a na nim cały Rilke, Heine, Goethe, Kleist, Tomasz Mann. Biblioteka stale się rozrasta, osiąga blisko 10 tysięcy pozycji. Melchior Wańkowicz, odwiedzając Hulewicza w Wil­nie, podziwia jego dobór książek pod kątem warsztatu pisarza.

 

 

Hulewicz posiada wyłączne prawo przekładu dzieł Rilkego na język polski, „udzielone mu za życia przez autora i potwier­dzone przez jego wydawców, firmę Inselverlag w Lipsku”.

 

Jakie są tłumaczenia Hulewicza? Może czasem trochę mło­dopolskie, może z respektu dla autora, zbyt mocno trzymające się oryginału, ale jednak pierwsze.

 

„To nie był czas dla Rilkego w Wilnie, w Polsce. Ten czas nastąpił później” – wspomina Czesław Miłosz okres mię­dzywojenny.

 

W korespondencji do warszawskiego krytyka literackiego Józefa Birkenmajera pisze Hulewicz latem 1934 roku: „Prze­kładów z Rilkego w przyszłości będzie jeszcze więcej”.

 

Organizator nie poeta

 

„Kiedy [w 1931 roku] ukazała się książka Witolda Hulewi­cza Miasto pod chmurami […] – wspomina Czesław Miłosz – myśmy byli w pełni naszego ruchu «Żagary». Ja miałem dwa­dzieścia jeden lat. Do tego rodzaju literatury, jak poezja Hule­wicza, odnosiliśmy się negatywnie… […] To jest książka […] o Wilnie… Ogromne zainteresowa­nie Hulewicza tym miastem […]. To jest coś, co nam było obce, bo my byliśmy stamtąd. To było nasze. To nie było godne uwa­gi […]. Nie nadawało się do spojrzenia z boku (…). Mieliśmy rozmaite swoje idee… – rewolucja w poezji! – ale nie zajmo­wanie się cudami architektury Wilna. To bardzo charakterystycz­ne. Hulewicz był w Wilnie obcy” (A. Karaś, Wszędzie był Hulewicz, „Głos Ziemi Puławskiej”, grudzień 1999 – styczeń 2000, nr l, 8).

 

„Mój stosunek do tych wierszy bardzo się zmieniał – opo­wiada Czesław Miłosz. – Kiedy poznałem je po raz pierwszy, nie bardzo mi się podobały. Teraz bardzo mi się podobają […].

 

Myślę, że ja teraz też oczami przybysza oglądam Wilno, oczami Hulewicza […]. Żeby zobaczyć piękno architektury, trze­ba spojrzenia z zewnątrz. Rosjanie twierdzą, że Mickiewicz, pisząc o Petersburgu – jest taki ustęp w Dziadach – wzbogacił literaturę rosyjską, bo zobaczył to, czego Rosjanie nie widzieli. Krytycy literaccy mówią na to efekt odstranienija. I myślę, że Hulewicz taki efekt odstranienija też miał” (fragm. filmu dok. Inny — Życie Witolda Hulewicza).

„Hulewicz nie był jednym z tych poetów wileńskich, nie…” – wspomina profesor Irena Sławińska, żeby po raz kolejny pod­czas naszej rozmowy mówić o Teodorze Bujnickim.

 

„Nie uważaliśmy go za poetę, ale za organizatora życia kul­turalnego […] – wspomina Czesław Miłosz. – Był traktowany przez nas, przeze mnie i przez moich kolegów z respektem, ale i z pewnym takim lekceważeniem, które przypada ludziom pa­rającym się literaturą, ale którym nie wyszło być na pierwszym planie”.

 

Jednak wiersze Witolda Hulewicza żyją w pewien sposób w świadomości społecznej międzywojennego Wilna. Teodor Bujnicki, trawestując wierszyk Pan kotek był chory, przenosi do Celi Konrada Kota pod chmurami.

 

Kabaret „Smorgonia” bierze na warsztat Sonety instrumentalne Wi­tolda Hulewicza […]. W wileńskiej Szopce akademickiej 1930 roku pojawia się Dyrektor Witold Rainer Maria Skrzynkowicz, radiokonferansier i lamentopisarz. U jego boku występują:

Pani Halina – mistrzyni polska i światowa,

Pan Abram Niedolicz – tutejszy,

Prof. Bidoń – Philokrakowiak,

Pan Mruczyk – niezrozumiany wieszcz,

Turysta,

Małpy,

Don Fernando,

Drang-nach-oste-rwa – Zesłaniec

Diabeł, Śmierć i inni.

 

Kryzys śmiechu

 

Od 1930 roku Cat Mackiewicz współpracuje z karykaturzy­stą Feliksem Danglem. Wzorując się na „L’action francaise”, paryskim organie rnonarchistów, zamieszcza karykatu­ry i w pomysłowy sposób je popularyzuje. Karykaturowani, któ­rzy zgłaszają, pretensje do swoich podobizn, muszą znosić nie tylko obraźliwe rysunki, ale i dysputy w rodzaju: czy rzeczywi­ście sędzia XY jest na rysunku Feliksa Dangla podobny do świni? (wspomina o tym kompozytor prof. Witold Rudziński w artykule Między Zamkową a Rudnickim w „Wileńskich Rozmaitościach”, 1994, nr 6/26).

 

13 kwietnia 1932 roku Feliks Dangel jest prelegentem Śro­dy Literackiej. Tematem dyskusji w Celi Konrada jest „Kryzys śmiechu”. Słowo wstępne wygłasza Witold Hulewicz.

 

Feliks Dangel mówi o braku zrozumienia groteski rysunkowej wśród wilnian. Zebrani rozmawiają o tym, gdzie leży granica parodii i karykatury, i czy należy się obrażać. Część Środy Literackiej transmituje Rozgłośnia Wileńska.

Ferdynand Ruszczyc pisze tego dnia w liście do żony: „mu­siałem pójść [na tę Środę], by w związku z ostatnią rewią nie zaliczono mnie, jako nieobecnego, do obrażonych”.

 

Temat Środy Literackiej nie bierze się raczej z powietrza. Zdaje się dotyczyć środowiska Ruszczyca i Hulewicza. Jest jak zwiastun nadciągającego konfliktu.

 

Nie powinno się tego cytować

 

 

Latem 1933 roku „nietutejszy” Hulewicz pełni w Wilnie funkcję prezesa Erwuzy, wiceprezesa Oddziału Związku Lite­ratów Polskich i dyrektora programowego Rozgłośni Wileńskiej.

 

„Był chronicznym prezesem” – napisze o nim Ksawery Pruszyński w opowiadaniu Cosas de Polonia (Trzynaście opo­wieści, Warszawa 1946). „Organizować chciał wszystko – pisze o «przybyszu». – Z ospałego jeziora Świteź, całego spowitego w dostojne mgły Mickiewiczowskiej legendy i białoruskiej nędzy, próbował uczy­nić […] polski Balaton z dancingami, regatami i kawiarniami […]. Gdy w podziemiach Dominikanów odkryto kilkaset wspa­niale zakonserwowanych zwłok z XVII i XVIII wieku […], chciał je rozsławić, sfilmować, obfotografować, pokazywać przyjezdnej hołocie, słowem – uczynić z nich jeszcze jeden przedmiot turystycznej atrakcji. Gdybyż przynajmniej owa pasja do organizowania wszyst­kiego wokoło nie łączyła się z pobudkami komercyjnej natury!

 

Niestety! Kiedy wykładał swoje plany organizacji Świtezi, za­raz wyjaśniał ile to forsy przywiozą ze sobą z dalekiej Warsza­wy czy jeszcze dalszych a forsiastych Katowic ludzie spragnie­ni samotności, dyskrecji i nudyzmu […]”.

 

Pruszyński nic nie pisze o tym, że Hulewicz naruszył w Wil­nie pewien układ sił. Że do momentu pojawienia się go w Wil­nie, dominującą rolę opiniotwórczą odgrywa tam „Słowo”. Że rozbudowując infrastrukturę kulturalną kresowej stolicy, Hule­wicz tę dominację łamie. Niechęć „tutejszych” do „przybysza: redukuje Pruszyński do obyczajowej odmienności.

 

„Wilno […] traktowało pisarzy jako pewnego rodzaju ka­płanów – kapłanów sztuki oczywiście, i stąd wymagało od nich pewnej – zwłaszcza w dziedzinie pieniądza – ascezy […]. Dwaj poeci z Wilna ustanowili zresztą niebezpieczne przykłady ma­terialnej ascezy: Mickiewicz głodem przymierał, Syrokomla zaś, nieomal dosłownie z głodu umarł […]. Bohater naszej opowieści, niosący na litewską Północ spóź­nione echa merkantylizmu i przedwczesne amerykanizacji, miał zgoła inne wyobrażenie o swoim pisarskim zawodzie. Nie bar­dzo rozumiał, dlaczego pisarz nie ma zarabiać tak, jak zarabia urzędnik, jak zarabia inżynier, architekt, lekarz, adwokat […]. Nie był zwolennikiem nieogrzewanych mansard na poddaszu, [sic!] dziurawych peleryn cyganerii, nie zmienianych koszul i głodowych obiadów. Pragnął mieć przeciwnie, duży, czysty i widny pokój do pracy, spokój od lichwiarzy i kucharki, dobrą kawę, francuski koniak, ponieważ zaś uprawiał sporty, zatem – kajak, narty i motocykl. Miasto jękło”.

 

Pruszyński kreśli w swoim opowiadaniu punkt widzenia „tu­tejszych” na sprawy ich regionu: „Nie żeby Wilno nie ceniło Świtezi ani […] swych katakumb pod kościołem Dominikanów […]. Te rzeczy, które dla obcych były piękne czy też interesujące, dla miasta były jeszcze i dro­gie. Stanowiły rodzaj rodzinnej pamiątki wszystkich jego miesz­kańców, a wiadomo, że Żydzi wileńscy żywili prawdziwe na­bożeństwo – tak, NABOŻEŃSTWO – dla Tej, co w Ostrej świe­ci Bramie. Wszystko to było jak pamiątki święte! Obcym – a zasię! Najchętniej zakazaliby wszystkim nie-wilnianom, najeźdź­com z Galicji i Kongresowy, plażować nad Świtezią, przedrzeź­niać przekupki z Kaziuka, nie mówiąc już o odwiedzaniu do­minikańskich mumii. Reklamować tego nie myśleli, choćby z tej prostej racji, że nawet sklepy wileńskie […] reklamowały się nader niechętnie. Wszak każdy wilnianin i tak wiedział, że nie ma księgarni poza Zawadzkim, który jeszcze wydawał młodo­ciane poematy Adama Mickiewicza, nie ma apteki poza starozakonnym Segalem ani kantoru bankowego tej solidności co Bunimowicz […]. Jeżeli zatem nawet wileńskiemu kupiectwu udzieliła się ta wielkopańska pogarda dla reklamy, czemuż się dziwić, że pomysły mego bohatera natrafiały w mniej łokcio­wych dziedzinach na prawdziwie granitowy grunt?”.

 

Sprowadzając się do Wilna, Hulewicz przechodzi od „ma­karonu i kaszy” pierwszych lat, do dobrze płatnego stanowiska w Rozgłośni Wileńskiej. Model własnej kariery próbuje powielić na skalę miasta. Wiele z tych zamierzeń się udaje.

 

Pomnik wieszcza kością niezgody

 

 

Doktor Aleksandra Niemczykowa, córka Cata Mackiewicza, zapytana o przyczynę konfliktu między Hulewiczem i re­dakcją „Słowa”, do niezrozumienia wilnian przez „przyby­szów”, dodaje jeden konkretny szczegół: „Wilno pilnowało tych ludzi, którzy przyjeżdżali z zewnątrz, żeby nic w Wilnie nie przesunęli, tak jak nie potrzeba […]. Hulewicz dużo zrobił dla Wilna, zasłużył się dla tego miasta, ale widocznie jakaś jego decyzja w sprawie zabytków się nie spodo­bała” (nagranie filmowe, Warszawa 2001).

 

Śledząc materiały prasowe z 1934 roku, właśnie pewna „decyzja w sprawie zabytków” zdaje się być iskrą zapalną konfliktu.

 

Od połowy lat dwudziestych toczy się w Wilnie dyskusja na temat budowy pomnika Adama Mickiewicza. Tworzą się dwa obozy. Pierwszy popiera budowę pomnika według projektu Hen­ryka Kuny. Drugi ten projekt torpeduje. W obozie „za” są Ferdynand Ruszczyc i Witold Hulewicz, a jako trybuna prasowa – redakcja „Kuriera Wileńskiego”. W obozie „przeciw” jest redakcja „Słowa”.

 

W roku 1934 Sąd Konkursowy podejmuje decyzję o wybu­dowaniu w Wilnie kontrowersyjnego pomnika. Teoretycznie wygrywa więc frakcja Hulewicza. Jednak, gdy prace nad budo­wą pomnika są w toku, „Słowo” rozpoczyna akcję na rzecz prze­rwania robót.

 

Czy cieszy się Pani z pomnika Kuny w Wilnie?

 

 

„Kurier Wileński” z 24 kwietnia 1934 roku podaje: „W niedzielnym numerze «Słowa» ukazał się artykuł wszczy­nający w demagogicznym tonie ankietę w sprawie budowy w Wilnie pomnika Mickiewicza według projektu Henryka Kuny oraz w sprawie wycięcia lip na chodniku przy placu Orzeszko­wej w związku z rozpoczęciem budowy fundamentu pod po­mnik z przełożeniem jezdni. Redakcja «Słowa» odwołuje się do opinii swych czytelników, formułując rozbrajająco naiwne pytanie: «Czy cieszy się Pani Pan z pomnika Kuny w Wilnie?» a równocześnie w niewybrednych słowach atakuje rzeczoznaw­ców, którzy przyznali w 1931 roku pierwszą nagrodę projekto­wi Kuny i uznali, że ten właśnie projekt należy w Wilnie zreali­zować”.

 

A oto przykłady wyników ankiety „Słowa” z 28 kwietnia 1934 roku: pierwszy spośród ponad dwudziestu ankietowany jest „za”, pozostali – przeciw. Na pytanie: „Czy cieszy się Pan/i z pomnika Kuny w naszym mieście?”. Urzędnik prywatny Sta­nisław Z. odpowiada: „Nie, lepiej żadnego [pomnika] niż pa­trzeć na taką ohydę!”. Nauczycielka gimnazjalna pisze: „Toż ten indyjski bożek Kuny byłby może na miejscu wśród wigwa­mów szczepu Siuksów, ale do Wilna nie pasuje”.

 

Na pytanie: „Czy pochwala Pan/i wycinanie drzew na Antokolu i na ulicy Mickiewicza?” – inżynier w stanie spoczynku odpowiada: „Wycinanie pięknych lip na ulicy Mickiewicza to barbarzyństwo, za które należy pociągnąć inicjatorów do kry­minału po najwyższą karę”.

 

 

Paszkwile Feliksa Dangla

 

 

3 maja 1934 roku „Słowo” zamieszcza karykaturę „Erwuza”, autorstwa Feliksa Dangla. Rysunek przedstawia roznegliżowanego babsztyla, roz­walonego na fotelu i czytającego „Protest Erwuzy”. Babsztyl znajduje się w Celi Konrada, o czym informuje tablica Hic natus est Conradus. W głębi pomieszczenia pląsają gołe postaci.

 

5 maja 1934 roku „Słowo” zamieszcza karykaturę Daniel w jaskini lwów czyli Jerzy Wyszomirski na Środzie Literackiej. Rysunek przedstawia drobnego okularnika wśród lwów. Naj­groźniejszym lwem, lwem „ryczącym” jest Witold Hulewicz. Rozdziawia paszczę przed siedzącym jak trusia panem Wyszem. Inne Lwy: Tadeusz Łopalewski, Stefan Narębski, Ludomir Ślendziński i Stanisław Lorentz tylko obwąchują ofiarę. Karykatura zdaje się brać w obronę p. Wysza, o którym Hulewicz napisał parę dni wcześniej, że jest niedyskretny i powtarza plotki.

 

29 maja 1934 roku „Słowo” zamieszcza karykaturę, przed­stawiającą Celę Konrada. Pamiątkowa tablica z napisem Hic natus est Conradus obwieszona jest podwiązkami, pończocha­mi i innymi częściami garderoby. Na podłodze walają się re­kwizyty pijackich libacji. W głębi pomieszczenia pląsają „Smorgoniści”. Rysunek jest wariacją na temat obrazu Świętokradztwo Artura Grottgera i wchodzi w skład, cyklu Arcydzieła ma­larstwa w karykaturze.

 

Dopełnieniem rysunku jest komentarz: „Cela Konrada w murach pobazyliańskich w Wilnie zosta­ła przez literatów i Erwuzę podzielona na dwie części. W jed­nej – znajduje się czytelnia czasopism, ozdobiona pamiątkową tablicą Obiit Gustavus – natus est Conradus – w drugiej estra­da kabaretowa. Przed wejściem do Celi Konrada odbywają się zabawy taneczne i mieści się bufet”.

 

„Słowo” przypomina również inne inicjatywy organizacyj­ne Witolda Hulewicza. Mianowicie – szalety podziemne: „Trzeci [szalet podziemny] powstanie na placu Łukiskim […] – pisze komentator «Słowa» – na co zostanie przeniesione targowisko. Poza tym projektujemy dać szereg pisuarów”. Komentator „Sło­wa” wspomina też o projekcie poprowadzenia przez Wilno wo­dociągu wody filtrowanej. Proponuje, aby biegł on od ulicy Witoldowej (mieści się tam Rozgłośnia Wileńska, w której pracu­je Hulewicz) do ulicy Tomasza Zanna (tam dyrektor programo­wy mieszka).

 

„Słowo” sugeruje jakoby zbieżność nazwy ulicy z imieniem dyrektora programowego Rozgłośni jest efektem koterii.

30 maja ukazuje się w „Słowie” karykatura „Kulturtregerzy” – wariacja na obraz Wojciecha Kossaka. Feliks Dangel przedstawia Hulewicza jako wielkiego mistrza krzyżackiego. Hulewicz przybywa z lewej strony obrazka (co zapewne su­geruje, że z zachodu). Niższy rangą krzyżak patrzy na niego wyczekująco, licząc na rozkaz podpalenia chaty, krytej strze­chą.

 

Rysunku dopełnia wiązka „złotych myśli z artykułów Wi­tolda Hulewicza”. „Autor” rozpamiętuje swoją misję kultu­rotwórczą na wschodzie, w tym założenie szaletu podziem­nego.

 

Czy karykatura może być oszczerstwem?

 

 

31 maja 1934 roku „Słowo” powtarza trzy wcześniejsze ka­rykatury autorstwa Feliksa Dangla. Powtórzenie odbywa się w ramach dysputy pod tytułem „Czy karykatura może być oszczerstwem? „Słowo” zasięga w tej spra­wie opinii wilnian. Wśród konsultowanych jest profesor dr Ju­lian Szymański – były marszałek senatu. Oto jego diagnoza: „Karykatura przedstawia Radę Wił. Zrzeszeń Art. jako damę czytającą protest przeciwko «Słowu» i z tyłu kilka skaczących figur. Gdzież tu oszczerstwo?”.

 

Karykaturę „Pietyzm wobec pamiątek po Mickiewiczu” mar­szałek analizuje następująco: „Jegomość trzymający na kolanach widać powyżej skarykaturowaną Erwuzę. Fotel ma być jakoby mickiewiczowski. Jeżeli z braku mebli fotel mickiewiczowski używany jest do siedzenia, to przypomnę, że we wszystkich muzeach głosi na­pis «nie siadać». A więc ta karykatura jest tylko tym napisem «nie siadać»”.

 

„Pieredyszka” dla atakowanego

 

 

8 czerwca 1934 roku Dangel przedstawia Hulewicza jako Chimerę: „Czytelnicy nasi przyzwyczaili się jak widać, do codzien­nego oglądania wizerunku Witolda Hulewicza – głosi komen­tarz. – Dwa dni nie było go i już telefon redakcyjny nie dawał nam spokoju: l – «Dlaczego dziś nie ma?». «A co się stało?». «Czy jutro będzie?» […]. Spełniamy życzenia czytelników. Oto Wi­told Hulewicz. Tym razem jako Chimera. Jutro będzie w innej, bardzo ciekawej postaci”.

 

„Słowo” z 9 czerwca 1934 roku przedstawia Hulewicza na pu­styni. Szatan pod postacią węża, trzyma zwierciadło, w którym przegląda się Witold, odziany w biret i togę doktorską. Rysunek jest wariacją obrazu Ewa i zwierciadło węża pędzla Maxa Klingera. „Pan Witold Hulewicz, poeta, ozdoba Wilna […] – głosi ko­mentarz — jest także dzielnym oficerem w rezerwie wojsk łącz­ności. W roczniku oficerskim figuruje jako „doktor”. Tytuł ten nie przysługuje p. Hulewiczowi, ale to furda”. Nie wiadomo, czy pracownicy „Słowa” szperali w aktach osobowych karykaturowanego, czy całkiem przypadkowo wpadł im w ręce spis oficerów rezerwy. Informacja o przywłaszcze­niu sobie tytułu doktorskiego przez Hulewicza robi furorę. Po­jawia się nawet w tekście kabaretu „Smorgonii”.

 

10 czerwca 1934 roku karykatura „Słowa” ukazuje „dra Hu­lewicza” przy łóżku chorego.

 

14 czerwca 1934 roku, nie mając nowych pomysłów na ka­rykatury, Feliks Dangel straszy, że je będzie mieć. Rysuje sie­bie, stojącego przed trumną pełną portretów Hulewicza. „Naszemu karykaturzyście znudził się dr Witold Hulewicz – głosi tekst pod rysunkiem – nie mniej niż całemu Wilnu. Od­wraca się pełen niechęci. My jednak nie wierzymy w to, bo te­mat jest niewyczerpany. Znudzenie karykaturzysty skłonni je­steśmy traktować jako tak zwaną pieredyszkę, udzieloną dok­torowi Witoldowi Hulewiczowi”. Teraz widać, że karykatury mają więcej niż jednego ojca. Ale nawet abstrahując od dwugłosu pod powyższą karykaturą, trudno sobie wyobrazić, aby karykatury umieszczano w „Sło­wie” wbrew woli i aprobacie redaktora naczelnego.

 

W komentarzu do ostatniej karykatury jest mowa o „całym Wilnie”. Może tutaj tkwi klucz do konfliktu między Mackiewiczem i Hulewiczem? Obaj zdają się liczyć ludzi, których ogarniają swym wpływem. Redakcja „Słowa” wypowiada się w imieniu „całego Wilna”. Hulewicz kształtuje program radio­wy dla mas. Również Józef Maśliński sprowadza konflikt między Mac-kiewiczem i Hulewiczem do konkurencji na płaszczyźnie za­wodowej: „Mackiewicz należał do tych, którzy opierając się o pienią­dze ziemian wileńskich, starał się w łagodny sposób nawiązy­wać kontakty z Warszawą i zachodem. Szukał autorów piszą­cych o zagranicy lub w duchu zagranicy […]. I prawdopodob­nie na tym tle konkurencji Rozgłośnia Wileńska i «Słowo», gazeta, redagowana przez Cata Mackiewicza znalazły siew kon­flikcie”.

 

Stanisław Stomma, współpracownik „Słowa” w okresie międzywojennym, później profesor prawa na UJ, działacz spo­łeczny, poseł na sejm i publicysta katolicki, wspomina, że Sta­nisław Cat Mackiewicz „był publicystą z nerwem”. „Stale mu­siał kogoś szarpać”. Cieszył się wtedy, że coś się dzieje, że lu­dzie będą chcieli takie rzeczy czytać” (wywiad autorki, Warszawa 1999).

 

Kadra 3. Batalionu Telegraficznego zaświadcza

 

 

3 lipca 1934 roku Hulewicz publikuje w „Kurierze Wileń­skim” dokumenty prostujące zarzut przywłaszczenia sobie przez niego tytułu doktorskiego. Są to: pismo jednostki wojskowej, której podlega, list skierowany do tej jednostki przez niego i za­świadczenie o uzyskaniu absolutorium na Uniwersytecie Wi­leńskim.

 

Kadra 3. Batalionu Telegraficznego nr 313 w Grodnie stwier­dza, że w „dokumentach ewidencyjnych, wypełnionych ręką Pana Kapitana w różnych latach jego służby wojskowej, nigdzie nie figuruje tytuł «doktór»”. Natomiast – czytamy w piśmie – „W dokumentach wypisanych ręką kancelisty dwukrotnie przy nazwisku Pańskim dodano tytuł «dr» – tytuł ten w obu przy­padkach przekreślony został czerwonym atramentem, przy czym odnośne dokumenta zostały zaopatrzone w podpis Pana Kapi­tana”. Pismo mówi o tym, że omyłkowy tytuł znalazł się rów­nież w rocznikach i spisach oficerów rezerwy (na te natrafili właśnie współpracownicy „Słowa”).

 

„Omyłka ta – czytamy w pi­śmie Kadry 3. Batalionu – w żadnym razie nie jest oparta na danych złożonych przez Pana Kapitana”. Kadra 3. Batalionu Telegraficznego zaświadcza, że Hulewicz prostował powyższą pomyłkę już w październiku 1933 roku. „Wystąpiłem przeciw­ko redakcji «Słowa» i jej współpracownikom na drogę sądowa z wnioskiem o ukaranie winnych i udzielenie mi odpowiedniej satysfakcji” – pisze Hulewicz w komentarzu do opublikowa­nych dokumentów. Ale fama o przywłaszczonym tytule dok­torskim dawno poszła w świat, a wielu ludzi dało jej wiarę.

 

60 podpisów

 

6 lipca 1934 roku ukazuje się w „Kurierze Wileńskim” pi­smo, biorące w obronę Erwuzę i Związek Literatów Wileńskich: ,,Związek Literatów, którego dziełem jest zorganizowa­nie i prowadzenie od szeregu lat znanych i cenionych w całej Polsce «Śród Literackich» […] oraz Rada Wileńskich Zrzeszeń Artystycznych, prowadząca studium muzyczne, studium o prze­szłości Wilna, czytelnię czasopism artystycznych i klub arty­styczny «Smorgonię», potrafiły zorganizować i skupić życie arty­styczno-literackie, tworząc żywy i twórczy ośrodek kultu­ralny.

 

Mówiąc o tych instytucjach, którym społeczeństwo wileń­skie tak wiele zawdzięcza, trzeba podkreślić zasługi wybitnych przedstawicieli sfer artystycznych, pracujących ofiarnie, owoc­nie i bezinteresownie, a którzy, jak zwłaszcza p. Helena Romer-Ochenkowska, W. Hulewicz i St. Lorentz szczególnie ostro są zaatakowani przez „Słowo” […]. Uważamy za swój obowiązek publicznie oświadczyć, iż zda­niem naszym, Zarząd Związku Literatów i Rada Wileńskich Zrzeszeń Artystycznych dobrze się zasłużyły dla Wilna, że dzia­łalność ich godna jest uznania”.

 

Powyższy tekst podpisany jest przez sześćdziesiąt osób. Tylko nieliczne z nich można skojarzyć z publicznością Śród Literackich. Wśród podpisanych, zapewne celowo, nie umiesz­czono najbardziej znanych wilnian z najbliższego otoczenia Hulewicza.

 

Baran i jego owce

 

 

22 sierpnia 1934 roku ukazuje się w „Słowie” karykatura Otwieramy sezon. Feliks Dangel przedstawił Hulewicza jako barana, prowa­dzącego owce. „Przedstawiciele sfer artystycznych z prezesem Hulewiczem” – głosi cytat z notatki prasowej, poświęconej otwarciu wileńskich targów futrzarskich. „Słowo” dopowiada od siebie: „Komunikat ten przypomniał naszemu karykaturzy­ście, że od pewnego czasu skandalicznie się zaniedbał”. Kary­katura ta jest pogróżką na ciągłe „bywanie” Hulewicza. Ostrze­żenie, żeby się zanadto nie wychylać.

 

23 sierpnia 1934 roku Feliks Dangel przedstawia w „Sło­wie” Różne natchnienia poetów. Wiktora Hugo rysuje przed Mont St.Michel, Puszkina przed pomnikiem Jeźdźca Miedzianego, Mickiewicza na Judahu skale. Hulewicz stoi przed szaletem podziemnym.

 

24 sierpnia 1934 roku Feliks Dangel przedstawia małego Witoldka, bawiącego się pruskimi żołnierzykami. Witoldek osłuchuje żoł­nierzyka. Na ścianie pokoju wisi makatka z wyszytą niemieckojęzyczną maksymą: Die Morgenstunde hat Gold im Munde (Kto nie leniuchuje – złoto wypracuje).

 

Pan Hulewicz jest tylko urzędnikiem!

 

 

11 września „Słowo” zamieszcza karykaturę Szara gęś. Gęś ma głowę Hulewicza. Za komentarz służą: relacja Kazimierza Lubońskiego, współpracownika „Słowa”, który dowiadywał się o możliwość zatrudnienia w Rozgłośni Wileńskiej oraz Przy­pisek redakcji. Komentując relację Lubońskiego i snując do­mysły na temat intencji Hulewicza, „Słowo” bierze te domysły w cudzysłów, robiąc z nich cytaty: „p. Hulewicz, jak to wyraźnie widać z przytoczonej przez p. Lubońskiego rozmowy – czytamy w przypisku – rozumował w sposób następujący: „Powiem p. Lubońskiemu, że będzie mógł w Radio pracować tylko o tyle, o ile «Słowo» zmieni do niego swój stosunek, a on już tamtych naciśnie”.

 

Autor Przypisku komentuje domniemane rozumowanie dy­rektora programowego Rozgłośni Wileńskiej w sposób bardzo konkretny: „makiawelizm godny masarza z poznańskiego przedmie­ścia”. Obracając jedną i tę samą myśl na różne strony, stylizuje Hulewicza na nadużywającego swych kompetencji urzędniczych grafomana. Autor przywołuje wreszcie do porządku dyrekto­ra programowego Rozgłośni Wileńskiej: „Ale na miłość Boską, p. Hulewicz jest tylko urzędnikiem ogólnopolskiej instytucji radiowej i nie może sprawy stawiać w ten sposób. P. Hulewicz, urzędnik radiowy nie ma prawa bro­nić p. Hulewicza poety i działacza, skoro ten przekracza próg radiostacji wileńskiej”.

 

Incydent w cukierni

 

 

11 września 1934 roku, kiedy ukazuje się karykatura Szara gęś wraz z relacją pana Lubońskiego i przypisem redakcji „Sło­wa”, Hulewicz obija szpicrutą Feliksa Dangla. Do zajścia do­chodzi w cukierni S. Rudnickiego, w której karykaturzysta zwykł pijać kawę.

 

Hulewicz chce wyroku Sądu Honorowego w sprawie wy­darzeń ostatnich miesięcy.

 

Podczas gdy Sąd Honorowy rozważa przypadek, „Słowo” publikuje kolejną karykaturę Witolda Hulewicza. Na wszelki wypadek ołówka innego rysownika. 19 września 1934 roku, rysownik podpisujący się jako Szpak przedstawia Hulewicza przed regałami pełnymi protestów. Komentarz do rysunku brzmi: „Dorobek literacki Witolda Hulewicza”.

 

29 września 1934 roku „Kurier Wileński” zamieszcza pro­tokół Sądu Honorowego w sprawie zniesławienia Witolda Hu­lewicza: „Jak wiadomo, powodem zajścia w cukierni Rudnickiego była kampania prowadzona za pomocą karykatur i notatek przez dłuższy czas na łamach «Słowa» przeciwko p. Hulewiczowi i organizacjom, w których on pracuje. Kampania ta znalazła na­leżyty osąd społeczny w oświadczeniu wydrukowanym w początku lipca b.r. w «Kurierze Wileńskim», «Gazecie Polskiej» i «Kurierze Porannym» i podpisanym przez sześćdziesięciu wybitnych przedstawicieli miejscowego społeczeństwa.

 

Kampania jednak trwała w dalszym ciągu – W dniu 11 wrze­śnia b.r. po ukazaniu się kolejnej «karykatury» w «Słowie», p. Hulewicz wymierzył sobie satysfakcję za pomocą szpicruty na osobie autora karykatur p. Feliksa Dangla. Wynikła z tego po­wodu sprawa honorowa w toku której – jak się dowiadujemy – p. Dangel został wyrokiem Sądu Honorowego pozbawiony zdol­ności honorowej za oszczerstwo w stosunku do p. Hulewicza i reprezentowanych przez niego organizacji. Protokół zamiesz­czony powyżej jest więc pouczającym epilogiem głośnej spra­wy”.

Protokół ten nie był jednak epilogiem.

 

Zaduszenie parafiańską pierzyną

 

 

W niedzielę 30 września 1934 roku, „Słowo” obwieszcza na pierwszej stronie wytłuszczonymi wersalikami: Mord hono­rowej sprawiedliwości.

 

Stanisław Cat Mackiewicz broni zdyskwalifikowanego ho­norowo karykaturzysty Feliksa Marcelego Dangla: 

 

„Sprawa, którą poruszymy, to nie sprawa naszej parafii, jednostki czy «szarego człowieka», to kwestia zasady – pisze Cat Mackiewicz. – Oto wczoraj jedno z pism wileńskich [prawdopodobnie chodzi o „Kurier Wileński”] ogłosiło, że p. Dangel został zdyskwalifikowany honorowo za umieszcza­nie karykatur przedstawiających prezesa związku literatów wileńskich p. H. Ta wzmianka prasowa umożliwiła nam wypowiedzenie się w tej sprawie, poruszenie jej, zaapelowanie do logiki, uczci­wości i przyzwoitości naszego społeczeństwa. Sąd bowiem, który zdyskwalifikował p. Dangla oświadczył, że jego orzeczenie nie może być ogłoszone w prasie i dopiero wyłamanie się z tych rygorów wspomnianego dziennika, umożliwia nam za­branie głosu.

 

A więc prawdą jest, że rysownik trzech karykatur został zdys­kwalifikowany honorowo – innymi słowy pozbawiony prawa do stopnia oficerskiego, do zajmowania urzędu, do godności społecznych, do członkostwa w organizacjach. Rysownik ten jest ojcem czworga dzieci, kawalerem krzyża walecznych [z wojny polsko-sowieckiej]. Czyjego karykatury były dobre, czy złe, artystyczne, czy nie artystyczne, dowcipne, czy głupie – to jest rzecz inna. Są to karykatury, które przez dłuższy czas codzień będziemy umieszczali na 6 stronicy naszego numeru. Niech nasi czytelnicy im się przypatrzą i jeśli pamiętają okre­ślenie «Justizmord», niech zadecydują, czy tu nie zaszedł przy­padek «Ehrenjustizmordu».

 

Mniejsza o naszego współpracownika, mniejsza o jego prze­ciwnika p. H., który nareszcie może zdobyć sobie powód do figurowania w dziejach polskiej literatury, bo jako żywo in­nych przyczyn ku temu nie ma. Dajmy spokój tym sprawom z kroniki, przez niesamowity zbieg okoliczności wyciągniętych na pierwszą stronicę naszego dziennika. Nie o mord moralny na człowieku już chodzi, lecz chodzi o karykaturę.

 

Dotychczas ludzie, nie bojący się śmieszności reagowali na karykaturę wesoło. Francuz polityk nie karykaturowany będzie żółty ze smutku […]. Ludzie o temperamencie niemieckim, bardziej ponurym, czują czasami do karykatury urazę […]. Ten, kto twierdzi, że karykatura może być uważana za oszczerstwo, ten nie rozumie, co to jest karykatura, nie rozu­mie, że karykatura nigdy prawdą nie jest, że karykatura nie po­lega na oddaniu rzeczywistości, lecz właśnie na zabawnym tej rzeczywistości podfałszowaniu […].

 

Karykatura nie jest podaniem wiadomości. Nawet wtedy, kiedy karykatura zasługuje naprawdę na reakcję, nie da się jej zakwalifikować jako oszczerstwa. Nie boję się odwołać do naj­wybitniejszych prawników z zapytaniem, czy ten mój sąd jest słuszny […]. A teraz proszę mi wierzyć, że sprawy p. H. i jego związ­ku literatów interesowały mnie bardzo mało. Jestem dzienni­karzem politycznym, wiedziałem zaledwie, że moi koledzy felietoniści toczą z nim walkę za jego ustawiczne wtrącanie się do nie swoich rzeczy. Nigdy nie miałem czasu, żeby być na odczytach, zebraniach i zabawach przez p. H. organizowanych. Słyszałem, że na tych zebraniach przedstawiano mnie dość czę­sto w karykaturalnej formie, przy tym padały słowa, które były­by inwektywami, gdyby nie to, że były w karykaturze podane. Nie pozywałem o oszczerstwo, zresztą nie miałbym na to cza­su. Dziś, jeśli «włażę w tę sprawę», to nie dla przyjemności, lecz dlatego, że tego ode mnie żąda elementarna uczciwość”.

 

Cat kończy obronę Dangla słowami: „Dyskwalifikacja ho­norowa to, w naszych polskich warunkach, śmierć cywilna. Nie damy dokonać mordu na człowieku przez zaduszenie go parafiańską pierzyną”.

 

Pozywam Pana na Sąd Obywatelski!

 

 

2 października 1934 roku „Kurier Wileński” publikuje list otwarty Witolda Hulewicza do Stanisława Mackiewicza: „Po pięciu miesiącach poniewierania w Pańskim piśmie do­brego imienia i godności ludzkiej – pisze Hulewicz – uznał Pan po raz pierwszy za stosowne zaapelować «do logiki, uczciwo­ści i przyzwoitości naszego społeczeństwa», a stało się to tylko dlatego, że w rozpętanej przez Pana „walce” poniósł szwank Pański pracownik. Nie obchodzi mnie opinia Pańska ani o mnie, ani o wyro­kach sądów honorowych. Pan jednak odwołuje się w swoisty, jednostronny sposób do opinii publicznej. Niechże ta opinia ma możność bezstronnego sądu w całej sprawie.

 

W 2. połowie kwietnia b.r. rozpoczęła się na łamach «Słowa» […] gwałtowna i systematyczna kampania przeciw Ra­dzie Wileńskich Zrzeszeń Artystycznych, przeciw Związkowi Zawodowemu Literatów Polskich w Wilnie i przeciw mnie”.

 

W dalszym ciągu swojego listu Hulewicz opisuje przebieg nagonki, po czym zwraca się do Cata Mackiewicza: „Twierdzi Pan, że Pan «wiedział zaledwie» o prowadzonej przeciw mnie od pół roku kampanii na łamach pisma, którego Pan jest naczelnym redaktorem i wydawcą, a w praktyce – jak wiadomo – niepodzielnym dyktatorem. W imię tej «elementar­nej uczciwości» pisze Pan o «rysowniku trzech karykatur», pod­czas gdy rysunków tego samego autora w czasie wiadomej ak­cji «Słowa», było z górą dwadzieścia. W ramach tej „elemen­tarnej uczciwości” urządza Pan nową ankietę, […] dotyczącą fragmentu sprawy, zadając poważanym, ale z daleka od tej spra­wy stojącym […] retoryczne pytanie: «Czy karykatura może być oszczerstwem?» […]. Żądam przedstawienia opinii publicznej całokształtu spra­wy, a nie tylko dogodniejszych w danej chwili dla Pana frag­mentów.

Na tej szerokiej, pełnej płaszczyźnie pozywam Pana, Panie Redaktorze «Słowa», na Sąd Obywatelski między Panem a mną. Niech ten Sąd […] według sumienia ludzkiego i obywa­telskiego, rozstrzygnie po czyjej stronie słuszność i sprawie­dliwość, a po czyjej prywata, uporczywe porachunki i ukry­te cele”.

 

Z listu Witolda Hulewicza wynika, że atakowany jest w peł­ni świadomy tego, co się wokół niego dzieje, świadomy tego, o co naprawdę walczy Mackiewicz.

 

Pruszyński mówi w Cosas de Polonia o głupkowatym „nie­zrozumieniu” przez „przybysza” spraw, jakie się wokół niego dzieją. O prawdziwym podłożu konfliktu, o lęku Cata Mackiewicza przed utratą w Wilnie silnej pozycji, nie pisze nic.

Celnie argumentujące artykuły, jakie środowisko Hulewi­cza zamieszcza w „Kurierze Wileńskim” przy okazji pomniko­wej kampanii wiosną 1934 roku, mogą napawać Mackiewicza lękiem, że to nie „Słowo” a „przybysz” przeciągnie na swoją stronę opinię publiczną. Dlatego „Słowo” przystępuje do tak zmasowanego ataku.

 

Przerażające jest, że bardziej trafiają do opinii publicznej prymitywne rysunki i grające na populistyczną nutę patrioty­zmu lokalnego komentarze, niż teksty, nad argumentami któ­rych trzeba chwilę pomyśleć. Wytrwałość atakujących „przybysza”, porównuje Pruszyń­ski do walki, jaką na ringu wytacza się przeciwnikowi. Polega ona na „powtórzeniu, ponowieniu i poprawieniu ciosu, który zabolał przeciwnika”. Z pewnością zabolał Hulewicza wizeru­nek Krzyżaka, podpalającego kresowe chaty. Z pewnością za­bolało ponowienie ciosu – przedstawienie Witolda w domu peł­nym haseł mieszczan niemieckich. Jakże dalekie było to od rze­czywistego obrazu Kościanek!

 

Nie wiadomo dokładnie, jak datować kolejne, związane z powyższym konfliktem zdarzenie –pojedynek na szable. Mu­siał on się odbyć między latem i jesienią 1934 roku.

 

Pojedynek

 

 

„Dangel wezwał Hulewicza na pojedynek – wspomina cór­ka Cata Mackiewicza. – Wtedy Hulewicz […] stwierdził, że on nie będzie się pojedynkował z Danglem, bo pojedynkuje się człowiek według Kodeksu Boziewicza tylko z ludźmi honoro­wymi. A Dangel nie jest człowiekiem honorowym. Wówczas mój ojciec, jako redaktor naczelny «Słowa» poczuł się obowią­zany bronić swego pracownika i wyzwał Hulewicza na pojedy­nek. Jemu Hulewicz już nie odmówił. Ustalono jako broń […] lekkie szable” (fragm. filmu dok. Inny – Życie Witolda Hulewicza).

 

Rodziny zwaśnionych były przeciwne pojedynkowi. Zda­wały się nie uczestniczyć w konflikcie. Jagienka nadal uczęsz­czała na pensję prowadzoną przez żonę Stanisława Cat Mac­kiewicza.

 

Babetka – matka Witolda, jak mogła próbowała pojedynko­wi zapobiec. Gdy perswazje nie pomagały, poszła na skargę do księdza (Kościół zabraniał pojedynków). Ksiądz wezwał zwaśnionych na rozmowę. Nic to nie dało. Nadszedł dzień poje­dynku.

 

Wspomina córka Cata Mackiewicza: „Wychodząc na pojedynek, mój ojciec powiedział do mamy: «przygotuj w sypialni łóżko, bo jak będę ranny, żeby mnie było gdzie położyć. W salonie przygotuj miejsce na trumnę, żeby, jak zabije mnie Hulewicz, można mnie było tam na katafalku umieścić. A w stołowym przygotuj miejsce na śniadanie dla kil­kunastu osób, jeżeli oczywiście wrócę w chwale…». W chwale ojciec nie powiedział. To moje określenie” – po­prawia się Aleksandra Niemczykowa. Przeżyli obaj. Hulewicz został ranny w rękę, Mackiewicz –  w głowę. Obrażenia były lekkie.

 

Wróci do Wilna!

 

 

Echa konfliktu między Mackiewiczem i Hulewiczem docho­dzą aż do Warszawy. „Wileńska nagonka zakończona niefor­tunnym pojedynkiem skłoniła władze Polskiego Radia do cza­sowego powołania Hulewicza do Warszawy” – pisze Maciej Józef Kwiatkowski w książce Tu Polskie Radio Warszawa… (Warszawa 1980). Na okres sześciu miesięcy Hulewicz ma się zamienić stanowiskiem z kierownikiem Wydziału Literackie­go Centrali. Po odbyciu stażu – jak donosi prasa – „powróci na swoje poprzednie stanowisko”.

 

W dzień Wigilii Bożego Narodzenia 1934 roku, ukazuje się w „Kurierze Wileńskim” karykatura na odjazd Hulewicza autorstwa Józefa Maślińskiego. Rysunek przedstawia tłumy z transparentami, żegnające „przybysza”. Stojący z boku Sta­nisław Mackiewicz ma niewesołą minę. Rymowany komentarz pod karykaturą jest satyrą na rozmowę Stanisława Mackiewicza z profesorem Janem Pruefferem. Prueffer pyta Mackiewicza: „A ty czego smutny?”. Na to Cat mu odpowiada: „Ani Wysz mi gryzie Ni lektor kłopoce – Myśl, ze tamten wróci zatruwa mi noce”.

 

Hulewicz przedstawiony jest na motocyklu, z radiowymi słuchawkami na uszach. Trochę jak dziecko z zabawkami. Dla­czego rysunek nosi tytuł Pożegnanie Child-Witolda, karykatu­rzysta Józef Maśliński, latem 2001 roku już nie pamięta. Może Pożegnanie Child-Witolda jest nawiązaniem do poezji Byrona Wędrówki Child-Harolda (był to potomek podupadłego rodu szlacheckiego, który porzucił ojczyznę w poszukiwaniu przy­gód). Na rysunku Józefa Maślińskiego, żegnany odjeżdża na swo­im motocyklu, zostawiając w tyle plotkujący tłum.

 

Tęsknił za Wilnem

 

 

Zapowiedź prasowa, odnosząca się do stażysty, że „wróci na swoje miejsce”, nie sprawdza się.

 

„Hulewicz do Wilna nie wrócił, pozostał w Warszawie na stanowisku kierownika Wydziału Literackiego z ogromnym po­żytkiem dla siebie, wydziału i polskiej radiofonii” – pisze Ma­ciej Józef Kwiatkowski.

 

Bardzo przeżywał rozstanie z Wilnem. Świadczy o tym zdję­cie pożegnalne z Wileńskiej Rozgłośni. Otoczony gronem współpracowników Hulewicz, jest przeraźliwie smutny.