Część 7.

Część 7.
Polska żyje!

Ko – ma – 5 nadchodzi

 

„Postawiłem w pogotowiu na razie tylko na wschodzie moje jednostki Totenkopf z rozkazem, aby wysyłały na śmierć bez miłosierdzia i bez litości mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy […]” (Adolf Hitler podczas odprawy wyższych dowódców niemieckich sił zbrojnych, Obersalzberg 22 VIII 1939; zob. AGK, MTW 12, t. 50, k. 282, 283).

 

„W dniu 1 września 1939 roku nadano komunikat radiowy: «Halo, tu Warszawa i wszystkie rozgłośnie Polskiego Radia. Dziś o godzinie 5.40 oddziały niemieckie przekroczyły granicę Polski, łamiąc pakt o nieagresji». A więc wojna…

[…] Przez cały sierpień uczęszczałam w Warszawie na przyspieszony kurs Czerwonego Krzyża dla sanitariuszek. Zdążyłam nauczyć się dokładnie obrony przeciwgazowej oraz zasad pracy noszowej.

– Jutro omówimy poszczególne przypadki zranień i sposoby nakładania prowizorycznych opatrunków – powiedział nasz prelegent i opuścił salę.

Był to ostatni dzień sierpnia. Następny wykład już się nie odbył.

Na wszelki wypadek pobrałam z magazynu biały fartuch, czepek i podręczną apteczkę. Dzień był ciepły, słoneczny. Wracając do domu piechotą, rozkoszowałam się piękną pogodą i rozmyślałam, jak by to było z tą wojną… Byłam lekkomyślną, siedemnastoletnią dziewczyną, ciekawą wrażeń.

W domu nie zastałam nikogo. Przymierzyłam biały fartuszek, przypięłam czepek i opaskę PCK naciągnęłam na rękaw. Zerknęłam w lustro… owszem, twarzowy jest taki biały strój.

Tak mnie zastał Ojciec, który wrócił pospiesznie z radia do domu. Twarz miał poważną i smutną.

– Wojna wybuchła. Niemcy przekroczyli dziś rano granicę Polski.

Nagle, jak gdyby dla potwierdzenia tych słów, rozległy się syreny alarmowe. Przeciągłe długie wycie na trwogę. W chwilę później daleki, narastający pomruk samolotów. I nagle… Wybuch!

Jeden… potem drugi, bliższy…

– Do piwnicy!

Tato popycha mnie przed sobą i ciągnie za rękę Stenię […]. Nim dopadliśmy schronu, potężne dwa wstrząsy zakołysały domem. Posypały się szyby. Z ulicy doleciał rozdzierający krzyk, tupot nóg… nawoływanie…

W ciągu jednej chwili dojrzałam wewnętrznie […]. Trzeba iść na ratunek […].

Ulica była pusta, tylko na przystanku stał opróżniony autobus, a przy nim rozbita ciężarówka wojskowa. Przy wejściu do fortu mokotowskiego tłoczyli się ludzie. Już mnie dostrzegli, już wołają:

– Siostro! Siostro! Tutaj, na pomoc” (Hulewicz-Feillowa, Rodem z Kościanek).

„Gdy Polska została napadnięta, naród był co prawda politycznie podzielony, ale w sprawach polityki zagranicznej zjednoczony. Każdy pragnął bronić ojczyzny […] – napisał we wspomnieniach Ludwik Hirszfeld, światowej sławy serolog i immunolog, w czasie okupacji ofiarny lekarz getta warszawskiego. Wiedziano, że walka jest nierówna, ale miano nadzieję wytrzymać kilka miesięcy, a potem muszą przyjść z pomocą sprzymierzeńcy […].

Radio czynne było tylko z początku. Przemówienia prezydenta miasta, Starzyńskiego, pełne godności i żaru, odpowiadały potrzebom chwili […]. Przykre wrażenie robiły banalne piosenki, których radio nie szczędziło. Nam była potrzebna nuta bohaterska, a nie piosenki o żołnierzyku i szabelce. Raz przypadkiem nastawiłem radio wroga. Grali Pieśń ognia Walkirii Wagnera, pieśń bohaterską. Pieśń bohaterstwa byłaby odpowiedniejsza i dla nas […]”.

(L. Hirszfeld, Historia jednego życia, 1950)

 

„Kiedy reporterzy nadawali sprawozdania z miejsc zbombardowanych, program zostawał przerywany tajemniczymi szyframi: «Uwaga! Uwaga ko – ma – 5, nadchodzi, Czekolada! Czekolada!…». Równocześnie słyszałam w audycjach radiowych głos mego Ojca mówiącego po niemiecku do Niemców.

Prezydent Warszawy Stefan Starzyński urzędował obecnie w ratuszu przy Placu Teatralnym, często też słyszało się jego chrypliwy głos w radio, dodawał otuchy i nawoływał ludność do zachowania spokoju i porządku” – wspomina Agnieszka Hulewicz-Feillowa.

 

„Hulewicz przemawiał przez radio po niemiecku do Niemców w tym samym czasie co Starzyński do Polaków, wśród huku bomb i walących się domów. Sam go nie słyszałem, tylko jeden z towarzyszy naszej tułaczki w domu wiejskim pod Kockiem pochwycił strzęp jednego z tych namiętnych przemówień na krótką chwilę: aparat goniący już resztkami sił zużytej baterii dyszał jeszcze, skrzypiał, wreszcie zamilkł” – wspomina Jan Parandowski.

„Po raz ostatni słyszałam jego piękny przejmujący głos w pierwszych dniach września 1939 roku w Warszawie, kiedy czytał przez radio Mickiewiczowskie Lecz krzyżackiego gadu nie ugłaszcze…” – pisze Maria Dąbrowska w Dziennikach.

Na pytanie, czy nie nagrywano mów Hulewicza, odpowiada Anna Wolfowa: „Ja nie sądzę, żeby to w ogóle było nagrywane, a tekstów prawdopodobnie w ogóle nie było, bo o ile ja pamiętam, on to mówił z głowy, a vista […]. Ja nie wiem tego na pewno, ale tak sobie to tłumaczę, że te płyty, które były zdobywane do nagrywania Starzyńskiego, to były ze strasznym trudem zdobywane, uważane za niezwykle cenną rzecz, ukrywane… Przecież ten, który to nagrywał – inżynier Pilecki – przypłacił to pobytem w Oświęcimiu”.

 

„Dnia 4 albo 5 [września] wypłacano wszystkim dwumiesięczne pobory – wspomina Tadeusz Byrski. – Wiem, że Bank Narodowy płacił dziewięciomiesięczne pensje. A więc chyba ewakuacja. Dawaliśmy materiał dorywczy do mikrofonu, na po­trzebę chwili […]. Zawiadomiono mnie po południu, że Polskie Radio będzie ewakuowane tymczasem w kierunku Lublina.

Jakimś cudem łapię gdzieś na mieście Hulewicza i pytam go, czy mógłby mnie z rodziną zawieźć na plac Dąbrowskiego – tam była wyznaczona zbiórka. Hulewicz tłumaczy mi, że to nie ma sensu. Mam jechać tylko ja, rodzina będzie najbezpieczniejsza właśnie na Bielanach […]. Hulewicz przyjeżdża swoim Fiatem. Jazda niezbyt dobra – zaciemnienie, ruch pieszy i kołowy duży, nikt właściwie nie przestrzega przepisów, ale nie ma popłochu […].

Plac Dąbrowskiego pełen autokarów i samochodów. Wszystko radiowcy […]. My z Antonim Bohdziewiczem idziemy na Zielną. Tam dziwna atmosfera – sami obcy ludzie. Zupełnie jak inwazja. Prawdopodobnie byli to pracownicy MSWojsk. i MSZ […]. Poinformowano nas, że w tej chwili nie mamy tu roboty, jutro mamy się zameldować”.

Wspomina Agnieszka Hulewicz-Feillowa: „Dnia 5 września wpadłam na chwilę do pobliskiego domu Stefy Zamoyskiej, aby się umyć i zmienić bieliznę i… dziwnym trafem spotkaliśmy się z Tatusiem. Przyjechał, szukając mnie, gdyż dołączyli go wraz ze Stenią do kolumny ewakuacyjnej Radia. Chciał mnie zabraćOdmówiłam, uzasadniając, że mam przydział i że jestem potrzebna.

– Rozumiem cię. Masz rację… tylko, że możemy się długo nie zobaczyć.

Zrobił mi krzyżyk na czole i pospiesznie zbiegł ze schodów.

Niedaleka przyszłość pokazała, że i on nie umiał rozstać się z krajem i osaczoną stolicą […].

6 września marszałek Rydz-Śmigły opuścił Warszawę, a za nim ewakuowane zostały władze administracyjne. Kierunek – Brześć nad Bugiem. Pozostaliśmy sami ze swym Prezydentem”.


7 września grupa radiowców z Witoldem Hulewiczem, Czesławem Miłoszem i Józefem Czechowiczem wyrusza w stronę Lublina.


„Tymczasem linia obrony Warszawy od strony Okęcia cofała się – wspomina córka Hulewicza. – V Kompania 41 Pułku Piechoty pod dowództwem porucznika Roszki, okopała się wzdłuż Wawelskiej […]. Zgłosiłam gotowość przystąpienia do służby sanitarnej w okopach. Porucznik Roszko potraktował mnie zrazu lekceważąco.

– Służba liniowa to nie zabawa w białym fartuszku i twarzowym czepku. To brud i smród… Raczej niech siostra wraca do mamy…

Zdarzyło się tego dnia, że odłamek pocisku artyleryjskiego zranił w rękę porucznika obsługującego ckm. Nie chcąc opuścić swego stanowiska, odmówił pójścia do szpitala na zabieg. Zgłosił się do mnie […].

Cóż miałam robić?… Zdezynfekowałam sobie ręce i wyjęłam narzędzia ze sterylizatora. Trzęsącymi się rękami poczęłam dłubać przy ranie. Porucznik się denerwował:

– Nie tak delikatnie! Śmiało! Ja jestem twardy chłop.

Opanowałam się i tłumiąc współczucie starałam się o prawidłowe przeprowadzenie zabiegu. Zrobiłam zastrzyk przeciwtężcowy. Pincetą wyrwałam kawał blachy. Potem mniejszą pincetą powyjmowałam kawałeczki rdzy i usunęłam grudki ziemi. Oficer ani drgnął. Obficie zlałam rękę riwanolem. Ukazała się duża rana z postrzępionymi brzegami. Przypomniałam sobie opowiadania Babetki, jak to rana szarpana goi się źle i że ją trzeba wyrównać po brzegach… Nożyczkami obcięłam strzępy skóry, naciągnęłam ją potem w miarę równo i spięłam klamerkami. Jeszcze raz obmyłam ranę i nałożyłam opatrunek.

– Tak, to rozumiem – ucieszył się oficer. – Pięknie dziękuję.

Pociągnął łyk z manierki i zaraz zasiadł na swoim stanowisku z lornetką skierowaną ku ogródkom działkowym.

Wieczorem zawezwano mnie do dowództwa.

– Zmieniłem zdanie – oświadczył porucznik Roszko. – Przyjmuję propozycję. Zrobimy z siostry sanitariuszkę polową. Trzeba zrzucić tę biel, a z magazynu wyfasować mundur […].

Dostałam jeszcze hełm, który mi kazano zapinać pod brodą (a nigdy tego nie robiłam), klucz od szafki z magazynem aptecznym oraz dwa granaty ręczne, które zatknęłam sobie za pasem”.

„W oczach każdego Polaka pozostały z tych czasów dwa obrazy, pierwszy bolesny: uciekających wyższych oficerów i urzędników, exodus tłumów, bezkrytycznie biegnących za rozkazem Umiastowskiego, chaos taki, że już na drugi dzień oblężenia trzeba było nawoływać przez radio do oddawania środków opatrunkowych. I druga wizja – bohaterskich obrońców i bohaterskiej Warszawy” – napisał w Historii jednego życia Ludwik Hirszfeld.

Na wieść o wezwaniu prezydenta Starzyńskiego, że trzeba bronić stolicy, zawraca z drogi Byrski, ewakuowany z inną niż Hulewicz grupą radiowców. Wraca do pracy w Warszawskiej Rozgłośni: „Trzeba było wybierać mnóstwo tekstów literackich, ciągle potrzebnych przy różnych okazjach. Poezja, proza, fragmenty dramatów – trzeba było pracować trybem gazety, przygotowanej na każdą aktualność. Wtedy też poznałem prezydenta Starzyńskiego. Odwiedzał rozgłośnię codziennie. Pamiętam doskonale sylwetkę w mundurze polowym majora, w pelerynie wojskowej […]. My, cywile byliśmy ciągle dobrej myśli – możliwe, że postawa prezydenta Starzyńskiego odegrała tu swoją rolę – nie przychodziła nam do głowy możliwość kapitulacji”.

 

„W niedzielę, 10 września, Warszawa przeżyła 17 kolejnych nalotów, w czasie których spadło na nią tysiące bomb – wspomina córka Hulewicza. – Paliło się wszystko: i Zamek, i katedra, kościół św. Krzyża i domy mieszkalne, a powietrze tak było przesycone żarem i dymem, że nawet w naszych okopach trudno było wytrzymać. Szpital przy Nowogrodzkiej został zbombardowany, zginęło tam wielu rannych i część personelu. Już nie miałam dokąd odnosić rannych z naszego odcinka”.

 

15 września grupa Hulewicza dociera do granicy polsko-rumuńskiej. Bez Józefa Czechowicza, który zginął podczas bombardowania Lublina. Z granicy cofają się: Zofia Kossak-Szczucka, Gustaw Morcinek i Witold Hulewicz.

„Dnia 24 września odbyło się nabożeństwo niedzielne w wielkim studio Rozgłośni na Zielnej. Wielu szyb już brakowało, słychać było ostrzał artyleryjski, i w tej akustyce szło to na antenę […]. Wyjechał cały korpus dyplomatyczny, zaopatrzenie było coraz gorsze, poszło światło, woda, telefony” – wspomina Tadeusz Byrski.


„29 września w godzinach przedpołudniowych nastała niespodziewana cisza. Powitaliśmy ją na razie z ulgą […]. Rozwiesiłam na słońcu uprane bandaże, uporządkowałam apteczkę. Odczuwałam ssący głód, ale stało się to już uczuciem codziennym. Ach, żeby nie te nogi!… Stopy bolały okropnie. Skarpetki dawno się podarły, a twarda skóra butów na gołych nogach była nie do zniesienia. Marzenie: zamoczyć nogi w chłodnej, czystej wodzie.

Z nudów wygląda przez mur na pole w kierunku ogródków działkowych i… kamienieję z przerażenia. Nasz dowódca i kilku naszych oficerów, a przy nich?… Niemcy!

[…] Żołnierze gromadzą broń, niszczą ją, łamią lub zakopują w ziemi. Niektórzy już się przebierają w cywilne ubrania, które znosi ludność, i wymykają się z okopów ku ruinom domów.

Porucznik Roszko wrócił do jednostki i oświadczył, że kapitulacja bezwzględna, z rozkazu wyższej władzy wojskowej” – napisze we wspomnieniach Agnieszka Hulewicz Feillowa.


„Kapitulacja? […]. Dostaliśmy dyspozycję wyczyszczenia magazynów z zapasów taśm z nagraniami, ewentualnie wyniesienia tego wszystkiego, co miało wartość dokumentu […]. Wrócił Hulewicz z żoną, wracali inni. I już wtedy w końcu września i w pierwszych dniach października zaczęliśmy planować spotkania na najbliższy czas. Wiedzieliśmy, to ciekawe, że wojna będzie wygrana – powtarzam, nie to, że wierzyliśmy, ale wiedzieliśmy, że nie przegramy. Czekała nas okupacja” (T. Byrski, Trudne dni przed czterdziestu laty, „Więź”, 1979, nr 9, s. 257).

 

„Po poddaniu się Warszawy wychodzę na miasto. Wygląda upiornie – resztki rozrzuconych barykad u wylotu prawie każdej ulicy, płonące jeszcze domy; okna zniszczonych domów, wyglądają na oczodoły trupów. Najgorzej przedstawiają się domy zniszczone przez bomby burzące; odkryte całe wnętrza. Intymność życia rodzinnego na tle śmierci” – wspomina Ludwik Hirszfeld w Historii jednego życia.

Jagienka powraca do opuszczonego w pierwszych dniach września, domu Hulewiczów na Mokotowie: „Po kapitulacji poszłam dnia pewnego na zwiady, aby zobaczyć, czy jest coś do uratowania. Willa stała nienaruszona. Drzwi były otwarte. Wszystko splądrowane. Ubrania i pościel wyszabrowane, książki i papiery na podłodze. Gorączkowo szukałam przede wszystkim grubej teczki z prawie gotowym maszynopisem Tatusia pracy o Chopinie. Była to monografia podobna do wydanej przed laty monografii Beethovena […].

Wokół domu panowała przerażająca cisza, jedynie od czasu do czasu słyszałam jakieś kroki i szelesty. Bandyci?… Szabrownicy?… Może Niemcy?! Serce łomotało mi z trwogi, więc z ulgą znalazłam nareszcie gruby tom z napisem Chopin. Schowałam go do torby, złapałam jeszcze dwa cenne wazony «delfty» i zamknąwszy prowizorycznie drzwi, uciekłam w popłochu. Nazajutrz przyjechałam jeszcze raz naszym wozem [konnym] z Wróblewa i naładowałam, ile się zmieściło, resztek z dobytku Tatusia. Było to jedyne bogactwo Ojca i Steni po ich powrocie do Warszawy. Maszynopis o Chopinie okazał się brulionem cyklu audycji radiowych. Niestety nie była to ukończona monografia. Ta zginęła.

Niedługo potem, usłyszałam pukanie do swoich drzwi. Otwieram…

– Tatulek!!!

Stał przede mną cały i zdrów. Obok Stenia.

Długa była opowieść o drodze w tamtą stronę, o rozpaczy, że porzucił Warszawę, o przerażeniu, że w powodzi ognia i bomb zostawił swoje jedyne dziecko […].

Zapytywałem siebie – opowiadał – co ja tu robię nad granicą rumuńską?

Zdecydowałem: wracam. Oddałem Zenkowi Kosidowskiemu to, co mi dali radiowcy do przewiezienia, i zawróciłem, z nikim się nie żegnając i nikomu nic nie tłumacząc. Przedzieraliśmy się przez oddziały niemieckie, ocierali o walki frontowe, kule podziurawiły naszą dekawkę, ale – Bóg łaskaw! – dojechałem i tu dopiero zarekwirowano mi wóz […].

Urządzili się w Alei Niepodległości (róg Koszykowej) w dawnych domach oficerskich, obecnie zajętych przez oficerów SS. Były tam jednak mieszkania polskich rodzin, między innymi pozostawione bez opieki mieszkanie kuzynki Tatusia, […] której mąż był oficerem Wojska Polskiego. Zamieszkali tam Ojciec ze Stenią za pozwoleniem siostry gospodyni.

– Czy zamieszkasz z nami? – zapytał Tatuś.

Lecz kiedy oświadczyłam, że wolę nadal mieszkać na Korzeniowskiego, nie nalegał, co wydawało mi się nawet dziwne”.

 

Powodem tej „obojętności” było pewne spotkanie we wrześniu 1939 roku.

Wracając przez Lublin do Warszawy, Hulewicz nawiązuje kontakty z organizacją Komenda Obrońców Polski, jedną z pierwszych organizacji konspiracyjnych II wojny światowej. Inicjatorem jej założenia jest oficer rozwiązanego właśnie Korpusu Ochrony Pogranicza – mjr Bolesław Studziński. Dysponuje co najmniej 1,5 milionem złotych i pieczątkami rozwiązanej instytucji. Stąd nazwę podziemnej organizacji dopasowuje się do skrótu na istniejących już stemplach: Korpus Ochrony Pogranicza czyli Komenda Obrońców Polski. Od ludzi związanych z KOP, Hulewicz dowiaduje się, że jest w przygotowaniu pierwszy numer tajnego pisma. Przystaje na współpracę. Jest mu na rękę, że w razie wsypy, córka będzie mieszkać pod innym niż on adresem.


„Niemcy wkroczyli do Warszawy l października. Bardzo paradnie, z orkiestrą. Na czele jechali dowódcy kompanii na koniach. Warszawiacy stali w milczeniu i przyglądali się na zrujnowane w 12 procentach miasto – wspomina Lesław Bartelski, wówczas początkujący dziennikarz. – Zaraz potem pojawiło się gestapo […]. To były na razie tylko takie specjalne grupy, prawdopodobnie z listami tych poszukiwanych, na których musiał być Hulewicz […]. W Alejach Szucha utworzono centralę bezpieczeństwa okupanta, który walczył z polskim podziemiem przede wszystkim […]. Warszawa nie miała ani wody, ani komunikacji, ani światła. Kursowały fury chłopskie, które zastępowały autobusy czy tramwaje. Pierwsze tramwaje ruszyły w okupowanej Warszawie 18 października. Ja podkreślam te warunki pracy, warunki powstania pisma, [jakie zaczął redagować Hulewicz]”.


„Polska Żyje”, popularnie zwana „Peżetką”, ukazuje się 10 października 1939 roku. Jest pierwszym pismem polskiego podziemia, organem prasowym Komendy Obrońców Polski (KOP). Na czele komitetu redakcyjnego stoi Witold Hulewicz, pseudonim „Grzegorz”.

Dopiero w dzień po ukazaniu się „Polska Żyje”, wychodzi pierwszy numer „Nowego Kuriera Warszawskiego” – polskojęzycznego organu okupanta.


Tytuł redagowanego przez Hulewicza pisma nawiązuje do rozpropagowanego przez Związek Walki Zbrojnej – AK hasła „Polska walczy”. Hasło to, umieszczane w formie stylizowanej kotwicy na murach domów, prasa KOP-owska rozszerza na: „Polska żyje – Polska walczy – Polska zwycięży”.

„Polska Żyje” jest drukowana w piwnicy pod warsztatem ślusarskim. Warsztat mieści się na ulicy Konopczyńskiego 4 w Warszawie i należy do Antoniego Długosza, członka KOP. Jest to drukarnia rotacyjna o napędzie elektrycznym i zdolnościach produkcyjnych rzędu 50 tysięcy egzemplarzy na tydzień (szacunki gestapo). Wejście do drukarenki maskuje szafa z narzędziami ślusarskimi.

Pierwszy numer „Polska Żyje” ukazuje się w nakładzie 6 tysięcy egzemplarzy. Kolejne numery, wydawane co 5 dni, mają nakłady rosnące. W lipcu 1940 roku, według oceny komendanta KOP Henryka Boruckiego, nakład wynosi 30-40 tysięcy egzemplarzy.

„Polska Żyje” jest rozprowadzana na terenie całej okupowanej Polski, a także za granicą, wśród środowisk internowanych oficerów i żołnierzy polskich. KOP dociera do obozu podchorążych w Hoffnungsthal (Stalag VI G Bonn), zapewne za pośrednictwem internowanego tam Bohdana Hulewicza – brata Witolda. KOP próbuje utrzymywać łączność między okupowanym krajem i Rządem Emigracyjnym, organizuje ucieczki żołnierzy i oficerów z obozów internowanych do tworzącej się we Francji armii polskiej. Ma swoich zakonspirowanych przedstawicieli i sojuszników na Węgrzech (nawet w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i w Ministerstwie Spraw Wojskowych!), w Jugo­sławii, Bułgarii i Rumunii (zob. M. Wiśniewski, Z historii powstania i działalności Komendy Obrońców Polski, „Wojskowy Przegląd Historyczny”, 1967, nr 3).

 

Lesław Bartelski wspomina, jakie wrażenie jesienią 1939 roku, wywarła na nim „Polska Żyje”: „Dla mnie zobaczenie tajnego pisma było wstrząsem. Wstrząsem, że coś się tworzy, inspiracją. To przeorało świadomość społeczeństwa. Bo nie było jeszcze koncepcji kulturalnego podziemia. Społeczeństwo czekało właściwie na wielką ofen­sywę Francji i Anglii […], czekało, że przyjdą sprzymierzeńcy, rozbiją Niemców i będzie tak jak dawniej”.

„Polska Żyje” deklaruje w pierwszym numerze: „Mimo niesłychanie ciężkich warunków pracy i ustawicznego narażania się Komitetu Obywatelsko-Patriotycznego na śmierć z ręki wroga, biuletyn będzie wydawany i rozpowszechniany w społeczeństwie, ażeby:

  • Podawać Rodakom prawdziwe wiadomości o sytuacji politycznej i akcji wojennej na frontach, zwalczać szkodliwe plotki i demaskować kłamstwa wrogiej propagandy;
  • podtrzymywać ducha w narodzie i zwalczać przygnębienie i rozgoryczenie;
  • budzić nienawiść do wrogów i żądzę krwawej zemsty za krzywdę nam wyrządzoną;
  • pouczać społeczeństwo, jak ma się ustosunkować do wroga i jak bronić się przed rabunkiem, jaki nas wszystkich czeka;
  • piętnować tych, którzy będą utrzymywali przyjacielskie stosunki z wrogami i szkodzili współobywatelom („Polska Żyje”, 10 X 1939).

W pierwszym numerze „Polska Żyje” ukazuje się również tłumaczenie „wiersza-ohydy”, kolportowanego – jak podaje redakcja – jeszcze przed wojną przez Vereinigung zum Schutze Oberschlesiens (Związek Ochrony Górnego Śląska):

 

Modlitwa do niemieckiego Boga

Bezwładem poraź, o Panie, ręce i nogi Polaków!

Zrób z nich kaleki, a oczy ich oślep.

Na mężów i kobiety ześlij głuchotę i obłęd.

Spraw by lud polski zniszczony był na popiół.

By dzieci i kobiety sprzedane były w niewolę […]

Niech noga nasza zdepcze ich pola zasiane.

I daj nam rozkosz mordu dorosłych, jak też i dzieci.

Pozwól miecz nam zanurzyć w ich ciele,

Zniszczyć kraj polski w krwi morzu i zgliszczach.

Serce niemieckie nie zmięknie.

Nie chcemy pokoju, lecz wojny między dwoma narodami.

A jeśli, o Panie, padnę w śmiertelnej walce,

To umierając zawołam: „Zmień, Panie, Polskę w pustynię!”.

„Dobrze zapamiętajmy tę «Modlitwę do niemieckiego Boga» głosi komentarz w «Polska Żyje». – Nie zapomnijmy o niej w momencie, kiedy wybije godzina zbrojnej walki z najpotworniejszym wrogiem” (Podpisany: Oddział Propagandy Komendy Obrońców Polski).

 

Podwójne życie

 

„Irzykowski widział się w tych dniach z Witoldem Hulewiczem i Witoldem Bunikiewiczem – wspomina początki okupacji Lesław Bartelski. – Wstąpił z nimi do głośnej kawiarni «Swann» […], zjadł ryż z konfiturami […], narzekał, że danie nieszczególne. Odnotował też, że w Warszawie ma powstać rząd polski pod protektoratem Niemców. «Hulewicz jest przeciw temu, ja i Bunikiewicz nie, i przekonaliśmy go. Należy korzystać z każdej sposobności rozszerzenia swojej autonomii, obsadzać każdą placówkę, chytrze, wallenrodycznie, bez dąsania się i w danej chwili działać wspólnie z rządem paryskim. Znowu ten czupurny honor włazi w drogę» – narzekał” (L. Bartelski, Pieśń Niepodległa. Pisarze i Wydarzenia 1939-1942, Kraków 1988).

 

„Społeczeństwo myślało, że będzie jak za pierwszej okupacji niemieckiej w roku 1915, że Niemcy sobie, a Polacy sobie. Że będzie pewien samorząd, pisma polskie” – wspomina Lesław Bartelski.

 

„W dniu siedemnastym października 1939 roku przybywa do Warszawy z koncertem Orkiestra Filharmonii Drezdeńskiej. Gazety piszą o wyższym duchu, który nawet w ogniu walki nie zapomina o potrzebach duszy. A tego samego dnia odbywa się pierwsza łapanka na ulicach i zdumione społeczeństwo widzi, że ludzi można chwytać jak dzikie zwierzęta i zabijać bezbronnych. Przychodzą do mnie rodzice schwytanych dzieci, by pisać im podanie o zwolnienie, bo to przecież jedynacy, niektórzy chorzy. Po kilku dniach przychodzą z wiadomością, że wszystkie starania okazały się bezcelowe, że otrzymali zawiadomienie o śmierci swych najdroższych. Po pięciu dniach! Częste były zawiadomienia, że ciało spalono. Cena za wydanie prochów – 5 marek” (L. Hirszfeld, Historia jednego życia).


„Aby uzyskać niezbędny dla Niemców «papierek», Ojciec otrzymał posadę «pisarza magistrackiego» w warszawskim Ratuszu przy Placu Teatralnym [Lorentz podaje, że Hulewicz pracował tam jako tłumacz]. Działał tam jeszcze nasz prezydent Stefan Starzyński i jego najbliższy współpracownik, usiłujący ratować zrujnowane zabytki i wykradane przez okupanta dzieła polskiej sztuki – Stanisław Lorentz” (A. Hulewicz-Feillowa, Rodem z Kościanek).

 

„W kontakcie ze Stefanem Starzyńskim – napisze Lorentz – zacząłem na własną rękę organizować aparat konspiracyjnej działalności w dziedzinie kultury. Pierwszymi moimi współpracownikami byli Władysław Zawistowski i Witold Hulewicz” (St. Lorentz, Walka o dobra kultury. Warszawa 1939-1945, Warszawa 1970).

 

„26 października przyniesiono z Ratusza wiadomość, która wstrząsnęła radiowcami: Starzyński aresztowany. A następnego dnia rozplakatowana zostaje proklamacja Hansa Franka o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa dla zajętych ob­szarów polskich.


W gadzinowym «Nowym Kurierze Warszawskim» ukazuje się […] obwieszczenie komisarza Rzeszy na Warszawę, doktora Otto, datowane 20 października, o natychmiastowej konfiskacie wszystkich aparatów radiowych i obowiązku oddania ich «najpóźniej do dnia 5 listopada» w jednym z wymienionych 26 komisariatów policji polskiej […].

Pozbawienie ludności polskiej radia oraz likwidacja polskiej prasy […] i zastąpienie jej gadzinowym «Nowym Kurierem Warszawskim» […] oraz niemiecką «Warschauer Zeitung» […], zawierającymi wiadomości tendencyjne i niepełne – powoduje ogromny głód informacji […]. Organizowany jest nasłuch radiostacji zagranicznych […]. Na serwisie nasłuchowym opierają się […] pierwsze pisma podziemne: «Polska Żyje!» […] oraz najbardziej popularny «Biuletyn Informacyjny»” (M. J. Kwiatkowski, Wrzesień 1939 w Warszawskiej Rozgłośni Polskiego Radia, Warszawa 1984).

Niemieckie Służby Bezpieczeństwa interesują płyty z nagraniami wrześniowych mów Starzyńskiego oraz osoba nagrywającego je inżyniera Jana Pileckiego. „Już w pierwszych dniach po przejęciu rozgłośni Niemcy indagowali Pileckiego na ten temat, żądając wydania płyt” – pisze Kwiatkowski.


Z jakiś przyczyn gestapo nie interesuje się autorem i spikerem niemieckojęzycznych przemówień z tego samego okresu. Po wrześniu 1939 Hulewicz nie zmienia tożsamości, nie ukrywa się. Prowadzi podwójne życie. Po godzinach „oficjalnej” pracy redaguje „Polska Żyje”.

„Sam słucha wiadomości z ukrywanego aparatu radiowego, pisze artykuły, werbuje innych pisarzy i publicystów, zdobywa papier, farbę, maszyny, rozdziela robotę, przyjmuje z drukarni sterty gotowych gazetek, rozdziela je między kolporterów” – wspomina córka Hulewicza.


Z „Polska Żyje” współpracują profesorowie Basiński i Wacław Borowy, Witold Bieńkowski, Jerzy Hulewicz, Szczepan Jeleński, pisarka katolicka Zofia Kossak-Szczucka, pisarka Wanda Miłaszewska wraz z mężem Stanisławem, Janina Święcicka, Stanisław Lorentz, Władysław Zawistowski i wielu wielu innych. Z czasem do redakcji dołączą: Jadwiga Czerniawska, Tadeusz Hartleb, Mieczysław Krzepkowski, Adam Próchnik, Stefan Magenheim, Andrzej Wierciński i inni.

 

Aleksander Kamiński, w owym czasie redaktor podziemnego „Biuletynu Informacyjnego”, wspomina swoje lokum w warszawskim mieszkaniu Zofii Kossak-Szczuckiej: „Dostałem do użytku własnego mały pokoik, w którym zainstalowałem swoją pracownię z […] maszyną do pisania i skrytką na konspiracyjne papiery. Wprawdzie większość dnia spędzałem poza domem, lecz godzina policyjna zmuszała do powrotu przed godziną 20, a więc było dość czasu na lekturę i rozmowy z domownikami”.


„Kamiński domyślał się, że Szatkowska [Zofia Kossak-Szczucka] tkwi głęboko w działalności konspiracyjnej – pisze Bartelski w Pieśni Niepodległej. – Przynosiła stale «Polska Żyje!», więc wywnioskował, że jest związana z gronem ludzi, którzy wydawali tę najpopularniejszą w pierwszym okresie okupacji gazetkę. Czytając ją, miał przekonanie, że część artykułów wyszła spod pióra Zofii Kossak […]. Kamińskiemu nie odpowiadał przesadny optymizm, jaki dominował w publikowanych artykułach, nie odpowiadała mu również przewaga komentarzy nad informacją, ale doceniał wysiłek redaktorów, jak i fakt, że wielu ludzi oczekiwało na każdy numer”.


„Pismo «Polska Żyje» było chętnie czytane przez polską ludność i osiągnęło wielki sukces propagandowy” – napisze dowódca policji i służby bezpieczeństwa okręgu lubelskiego w raporcie do Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w kwietniu 1941 roku (776/40 – III B/; zob. MiD WIH, mikrof. 433).

 

Mogiła na skwerze

 

„Pamiętam doskonale Zaduszki 1939 roku. Niemal wszystkie skwery w Śródmieściu były cmentarzami – wspomina Lesław Bartelski. – Największy cmentarz był na Placu Trzech Krzyży, przy Kościele świętego Aleksandra. To były setki płonących ogni lampek oliwnych…

Przechodzący tamtędy Witold Hulewicz, napisał wkrótce potem wiersz «Mogiła na skwerze»:

Nogą można potrącić – tuż obok rynsztoka,

W biednych kwiatów i hełmu stalowym rynsztunku,

Krzywy napis: «Nieznany». I z błota powłoka.

I słowa twardej chwały: «Legł na posterunku».

Jemu to się należy najszczerszy z pacierzy,

Co umierając szeptał: «Warszawy nie damy».

Grób na skwerze ulicznym, krzyż z okiennej ramy.

Taka mała mogiłka – a w niej wielkość leży”.

(„Polska Żyje!”, nr 6, 6 II 1940)

 

„Proste, wzruszające strofy zamieszczone były obok komunikatów z zastygłego frontu zachodniego” – pisze Lesław Bartelski w Pieśni Niepodległej.

 

Skonsolidować społeczeństwo

 

„KOP rozwinęła się wkrótce w najlepszą organizację propagandową. Wydawała tygodnik «Polska Żyje», młodzieżowe pismo «Orlęta» oraz w języku niemieckim, komunistyczne zamaskowane pismo podżegające: «Żołnierze frontowi! To­warzysze!» i kalendarz na 1941 rok.

KOP będzie starać się konsolidować społeczeństwo w walce z okupantem: «Członkowie organizacji Obrońców Polski rekrutują się spośród obywateli wszystkich warstw społecznych, niezależnie od ich przekonań politycznych, legitymujących się tylko tym, że dobro i niepodległość Ojczyzny kładą na czoło wszystkich swoich trosk» – obwieszcza KOP 20 września 1940 roku na łamach «Polska Żyje» (nr 80 – 81).


KOP uznaje zwierzchnictwo polskiego rządu emigracyjnego. Co do kształtu przyszłej Polski, nie wyobraża sobie powrotu stosunków sanacyjnych. Powołując się na orędzie rządu emigracyjnego w tej sprawie głosi: «Wykluczony jest na przyszłość tryb rządów jednostki, rząd nieodpowiedzialny i nie kontrolowany… Polska będzie stała nadal na gruncie kultury i zasad chrześcijańskich. Polska będzie państwem demokratycznym, opartym o najszersze warstwy Narodu»” („Polska Żyje”, nr 25, I 1940).

 

Czytając niektóre artykuły „Polska Żyje”, ma się wrażenie, że czas się zatrzymał. Redakcja stara się zachować ciągłość, przerwanej przez okupanta, myśli humanistycznej, społecznej i państwowej. W okresie rozstrzeliwań, głodu i zsyłek do obozów, zastanawia się nad kształtem państwa, jakie się odrodzi. Podtrzymuje wiarę w to, że okupacja niemiecka nie będzie trwać wiecznie. A w okresie, gdy na kennkartach stempluje się „gültig bis 1947” (ważne do 1947) – nie jest to rzeczą oczywistą.

 

Soldaten und Genossen!

 

Od połowy 1940 roku KOP domyśla się planów wojny niemiecko-sowieckiej. Wskazują na to przechwycone informacje o budowie lotnisk, ramp kolejowych, składów amunicji, magazynów żywnościowych, oraz przesyłki map i słowników niemiecko-rosyjskich na wschód okupowanej Polski.


W sierpniu 1940 roku KOP uruchomią tak zwany dział propagandy specjalnej lub dywersyjnej, przeznaczonej dla Niemców. Kieruje nim Zygmunt Jurkowski („Kulesza”). Dział ten przygotowuje niemieckojęzyczne ulotki pod tytułem Żołnierze frontowi! Towarzysze! Czasem stwarza się pozory, że ulotki pisane są przez Niemców i wydawane w Rzeszy. Kolportuje się je poprzez pocztę polową wśród żołnierzy Wehrmachtu, jak też w Rzeszy.

„Wyłącznie dla żołnierzy niemieckich przeznaczone było pismo satyryczno-ilustrowane «Erika», którego szata graficzna była bliźniaczo podobna do wydawanego przez Niemców pisma pod tym samym tytułem. Ułatwiało to przemycanie dywersyjnego druku do przesyłki zawierającej oryginalne egzemplarze i tą drogą doręczanie go czytelnikom” – pisze Michał Wiśniewski.

 

„Witold Hulewicz był na początku okupacji głównym inicjatorem specjalnej propagandy antyhitlerowskiej – wspomina Stanisław Lorentz. – Pisał i redagował w języku niemieckim, którym świetnie władał, specjalne pisma i ulotki, adresowane do Niemców. Celem ich było demaskowanie w oczach niemieckich, hitlerowskiej propagandy i przedstawianie z punktu widzenia Polski i naszych zachodnich sojuszników wszystkich faktów związanych z wywołaną przez Hitlera wojną, toteż gestapo od początku gorączkowo poszukiwało autorów tych działań” (R. Jarocki, Rozmowy z Lorentzem, Warszawa, 1981).

 

Nie wiadomo, czy Hulewicz uczestniczy w niemieckojęzycznych akcjach dywersyjnych z ramienia KOP, czy już wcześniej, z ramienia innych organizacji. Można się domyślać, że tłumaczy choć część ulotek KOP na niemiecki.

Oto fragment kopowskiej ulotki, w której pojawia się temat rozszerzenia i przedłużenia wojny ponad obiecany przez Hitlera okres jednego roku:

„Żołnierze frontowi! Towarzysze! […] Pierwszy rok wojny dobiega końca […]. Niezliczone formacje zostają przetransportowane nie do Ojczyzny, lecz do wschodniej Polski. Po co? Czy grozi nam niebezpieczeństwo ze strony Rosji Sowieckiej? Czyż naczelne dowództwo chce napaść na Związek Sowiecki i nas popędzić na bezkresne stepy Ukrainy? Czyż my mamy podbijać nowe kraje w kierunku Rumunii, Bułgarii i Małej Azji? Wszystko jest możliwe – jedno jest tylko pewne: nasze władze wojskowe nie chcą urlopować nas, żołnierzy – abyśmy nie zobaczyli, co się dzieje u nas w domu […].

– Żołnierz, który potrafi jeszcze samodzielnie myśleć, pyta siebie coraz częściej i coraz głośniej – na co to wszystko? Czy tylko po to, aby klika SS i gestapo mogła się nadal obżerać i bogacić, gdyż tuczy się rabunkiem obszarów zajętych, a we własnej ojczyźnie szpieguje i prześladuje rodaków i zsyła tysiące do najstraszliwszych obozów koncentracyjnych? […]. Szalejąca propaganda Goebbelsa chce i nam żołnierzom frontowym wmówić, że mamy do wypełnienia wielką misję dziejową. Dobrze to znamy. W czasie tamtej wojny 1914-1918 roku to samo prorokował nam inny szaleniec, który nazywał się Wilhelm II. W ciągu 4 lat zwyciężaliśmy, aż w końcu nas zwyciężono. Jednak wtedy przynajmniej ziemie niemieckie zostały oszczędzone przez pożogę wojny. Dziś inaczej – codziennie padają tysiące bomb lotniczych na nasze niemieckie domostwa…

Towarzysze! Żołnierze frontowi! My nie możemy zwyciężyć, jednak teraz możemy uniknąć najgorszych skutków naszej klęski […]” (polskie tłumaczenie ulotki z artykułu Michała Wiśniewskiego).

 

„Ta podżegająca ulotka miała działać destrukcyjnie na Niemców, zwłaszcza na Wehrmacht i policję, oraz zakłócić stosunki z Rosją Sowiecką. Najbardziej rozpowszechniona była w okręgu lubelskim. Była nawet przemycana w listach poczty polowej, które nadchodziły z ojczyzny” – czytamy na temat ulotki Żołnierze frontowi! Towarzysze! w raporcie lubelskiego gestapo z kwietnia 1941 roku.

 

Walka o kulturę polską

 

W okupacyjnych warunkach widać, jak ważną bronią w kształtowaniu społeczeństwa jest kultura. Świadomość tego mają zarówno okupant, jak i podziemie okupowanego kraju.

 

„Wszystkie biblioteki i czytelnie zamknięte – opisuje lata okupacji Ludwik Hirszfeld. – Po pewnym czasie zostają otwarte, ale tylko dla Aryjczyków; i po usunięciu najpiękniejszych dzieł literatury polskiej. Uniwersytety wszystkie zamknięte. Biblioteka Uniwersytetu Poznańskiego wywieziona częściowo, częściowo spalona. Księgarnie polskie rekwirowane i książki niszczone. Po pewnym czasie wydany zostaje zakaz trzymania w księgarniach polskich na składzie książek światopoglądowych. Okupant rozumie, że ten rodzaj literatury urabia duszę narodu” (L. Hirszfeld, Historia jednego życia).

 

Hulewicz, na bieżąco informowany przez Lorentza, zamieszcza w „Polska Żyje” komunikaty o dewastacji zabytków kultury polskiej: „Zniszczony w barbarzyński sposób Zamek Królewski w Warszawie Niemcy doszczętnie obrabowali. Władze miejskie miasta Warszawy zwróciły się do władz niemieckich z prośbą o zezwolenie na zabezpieczenie uszkodzonego Zamku, tym bardziej, że część jego od strony Wisły jest bardzo mało uszkodzona. Remont zabezpieczający nie przekraczałby sumy kilkunastu tysięcy złotych. Władze niemieckie odmówiły jednak i zamek ma być doszczętnie przez Niemców zniszczony. Z Muzeum Narodowego również Niemcy wywożą wszystko, co tylko da się zabrać” („Polska Żyje”, nr 1, 10 X 1939).

 

Okupant wydaje album, mówiący o niemieckości Warszawy – wspomina Lesław Bartelski. Publikacja wykazuje obiekty architektury niemieckiej, budowane dla polskich magnatów. Ma to świadczyć o tym, że Polacy nie posiadali własnej sztuki architektonicznej.

Neger schreiben keine Bücher (Murzyni nie piszą książek) – wyraża się o Polakach Hans Frank. Tymczasem po likwidacji polskiego szkolnictwa, pojawiają się tajne uczelnie. „Warszawa miała 7 tajnych uczelni wyższych” – wspomina Bartelski, sam student jednej z nich.

KOP zachęca młodzież do samokształcenia. Nauka ma zapobiec demoralizacji. Budzić patriotyzm i wiarę w to, że w ostatecznym rozrachunku okupant zostanie pokonany. Od października 1940 roku KOP wydaje „Orlęta” – pismo dla młodzieży. Redaguje je Zofia Kossak-Szczucka, pseudonim „Ciotka Zosia”.


W trzecim numerze „Orląt”, 30 października 1940 roku, ukazuje się wiersz, będący smutnym instruktażem na okoliczność, która może zaistnieć, nawet za posiadanie nielegalnego pisma:

Nie powiem!

Złapali. Ktoś zdradził. Dokoła krwiożercze gestapo.

Gęby bezmyślne, okrutne i głupie.

W twarz biją, w kark ktoś uderza zaciśniętą łapą.

Inny nahajem po plecach znów łupie.

Mów ty, psie polski, mówi – z zawziętym wyją zbiry gniewem.

On zęby zacisnął i szepce: – ja nie wiem.

Pastwią się łotry, zwierzęta dzikie, sługi szatana;

Nahaj wciąż świszczę, pięść na twarz opada;

Krew tryska, krew jest na podłodze, pokrwawiona ściana.

On milczy, jak skała, nic nie odpowiada.

Mów ty, psie polski; – z zawziętym wyją zbiry oporem.

On zęby zacisnął i woła: – nie powiem!

(„Orlęta”, nr 3, 30 X 1940)

 

3 sierpnia 1940 „Polska Żyje” publikuje tekst Walka o kulturę polską – „pierwszą wypowiedź w konspiracyjnej prasie, formułującą program działania polskiego podziemia kulturalnego” – jak napisze później Lesław Bartelski.

Za anonimowym autorem kryje się Witold Hulewicz: „Walka z kulturą polską prowadzona jest na trzech płaszczyznach: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Przeszłość została wciągnięta do tej gry, aby zasugerować przez natrętną propagandę niemiecką, która na naszym terenie korzysta z monopolu wyłączności, dwie rzeczy: że, wszystko, co w Polsce w dziedzinie kultury jest wartościowe, jest dziełem ducha niemieckiego i że Polacy na polu kultury stanowią zupełną nicość. Nie jest to tylko objawem megalomanii narodowej. Przyświeca temu najkonkretniejszy cel polityczny, a mianowicie chęć dorobienia ideologii do niemieckiej ekspansji, ubrania w pozory polityki podboju. Uznanie Polski za odwieczną dziedzinę niemieckich wpływów kulturalnych stanowi uzasadnienie teorii tzw. przestrzeni życiowej. Lebensraum bowiem, wedle interpretacji Hitlera, to te wszystkie tereny, które podlegały oddzia­ływaniu niemieckiej kultury. Wykazanie zaś nicości Polaków ma na celu usprawiedliwienie podboju, gdyż tego rodzaju naród nie może mieć pretensji do samodzielnego bytu politycznego […].

Walka na płaszczyźnie przyszłości ma również swój konkretny cel. Celem tym jest zniszczenie inteligencji polskiej, którą Niemcy uważają za główną przeszkodę do ujarzmienia narodu polskiego. Nienawiścią do inteligencji polskiej zieją wszystkie enuncjacje publiczne niemieckich mężów stanu. Chcąc zmienić Polaków na naród służebny, Niemcy pragną sam na sam zostać z ludem polskim. Inteligencja polska utrudnia im to ujęcie tego przewodnictwa i dlatego chcą dzisiejszą inteligencję zniszczyć i nie zezwolić na stworzenie się nowej.

Są to zadania niewykonalne. Żywy naród nie da się w żaden sposób pozbawić swej kultury. Jakiekolwiek będą warunki życia, kultura polska będzie się […] rozwijać i wyżłobi sobie drogę do społeczeństwa polskiego”.


Jakby na potwierdzenie słów Hulewicza, wychodzi zarządzenie o konieczności rejestrowania się w Propaganda-Abteilung osób, wykonujących wolne zawody (zob. Dziennik Rozporządzeń Generalnego Gubernatora, nr 52, 18 VIII 1940). Do pałacyku Brühla, w którym mieści się dział propagandy mają się zgłosić muzycy, kompozytorzy, malarze, aktorzy, śpiewacy, literaci i dziennikarze. Ci, którzy do 30 września 1940 roku nie zarejestrują się w Propaganda-Abteilung, nie będą mogli po 1 grudnia 1940 roku wykonywać swojego zawodu.

 

Stanisław Lorentz, działający jako kierownik Działu Kultury przy podziemnym Departamencie Oświaty wspomina: „Pierwszym zadaniem, jakie zleciłem Zawistowskiemu i Hulewiczowi, było rozpowszechnienie zakazu rejestrowania się w Propagandzie w pałacu Brühla pisarzy, dziennikarzy, aktorów itp. Sprawa ta nabrała szczególnej ostrości, bo Ferdynand Goetel otwarcie namawiał zainteresowanych do rejestrowania się i nawiązania współpracy z Niemcami, a rządząc przed wojną Związkiem Literatów, miał poważne wpływy” (R. Jarocki, Rozmowy ze Stanisławem Lorentzem).

 

Lato 1940 roku wypełnia Hulewiczowi intensywna praca. Córka Agnieszka wspomina: „Codziennie wpada do mieszkania «Grzegorza» (pseudonim mego Ojca) tłum młodzieży i starszych kolporterów po gazetki […]. Przychodzę i ja, zabieram dwie duże paczki noszone w torbach pod pęczkiem jarzyn i ziemniakami. Zjawiają się «Ciocia Zosia» i «Wanda», «Bogumił» i «Długi» […]. Jakby nie było tego dość – Stenia organizuje w sąsiednim pokoju kursy PCK i co dzień kilka młodych dziewcząt uczy się pierwszej pomocy […]. Stenia jest w swoim żywiole: podniecona, rozgadana i… za dużo opowiadająca o tym, czego to ona sama i jej «Wiwulek» nie dokonują codziennie…

Niestety, w całej tej działalności dostrzegało się pierwiastek zbytecznego ryzykanctwa. Opowiadał mi […] Lorentz, że spotkał Ojca ze Stenią, jak w dniu jakiejś rocznicy narodowej nieśli wiązankę kwiatów na grób Nieznanego Żołnierza…”.

 

Tego pracowitego lata natykają się wreszcie na siebie, Jan Parandowski i Witold Hulewicz. „Rozdzielił nas okrutny wrzesień 1939 roku – wspomina Parandowski. – Nic nie wiedzieliśmy nawzajem o sobie, poszukiwaliśmy się myślą w różnych stronach świata. Dopiero latem 1940 roku spotkaliśmy się u Władysława Zawistowskiego – ku radości, zdumieniu i zgrozie. Jeden drugiego uważał za z dawna upatrzoną ofiarę gestapo. Lecz prędko ochłonęliśmy ze wszystkich obaw pośród radosnych nadziei. Witold Hulewicz promieniał optymizmem, wymierzonym w cel pewny, choć może nie bliski. Sam żołnierz, znał wybornie i oceniał siłę militarną Niemiec, na którą, wychowany w Wielkopolsce patrzył od dziecka i z którą się zmagał w Powstaniu Wielkopolskim. Ale wierzył niezachwianie w ostateczny tryumf nad hitlerowskim szaleństwem i miał swój udział w walce podziemnej.

Ani słowem o tym nie wspomniał, lecz to milczenie nikogo nie mogło zmylić, nikogo, kto znał bliżej tego nieodrodnego syna rycerskiego szczepu. […] Zapytałem go, co słychać z książką o Chopinie.

 – Jest gotowa, cała już w maszynopisie, wydam, jak tylko wojna się skończy.

O zmierzchu Witold pożegnał się i prędko wyszedł”.

 

Nocna rewizja

 

W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1940 roku Hulewicz wystukuje na maszynie artykuł dla „Polska Żyje”. Stenia już śpi, gdy na schodach rozlega się tupot ciężkich butów i w chwilę potem łomot do drzwi. Hulewicz zdążył wsunąć maszynopis pod maszynę, a na jego miejsce wkręcić arkusz ze swastyką, gdy musi iść otworzyć. Gestapo.

Rewizja przebiega spokojnie, trwa koło godziny i nie wykazuje nic (wszystkie wydrukowane numery „Polska Żyje” zostały wydane). Pod maszynę gestapowcy nie zaglądają. Jest sobota. Gestapo zostawia Hulewiczowi nakaz stawienia się w centrali bezpieczeństwa, w poniedziałek „dla dokonania formalności”.

 

Następnego dnia po rewizji, Hulewicz odwiedza córkę, pracującą jako kelnerka w Gospodzie Kujawskiej: „1 września przyszedł do Gospody mój Ojciec […] – wspomina Agnieszka. – Zaskoczył mnie poważny wyraz twarzy Taty.

– Co się stało?

– Była u nas w nocy rewizja, nic nie znaleźli, ale jutro idę na chwilę do gestapo załatwić formalności.

Poczęłam błagać Ojca, żeby nie szedł. Żeby się ukrył… Na nic nie zdały się moje błagania: gdyby uciekł, dopiero wtedy gestapo wiedziałoby, że ma coś na sumieniu. Ma przecież rodzinę. Babetka! Córka, siostry, cała młodzież… Czy oni wszyscy mają uciekać? I dokąd?… Jak potem żyć?... Gdyby mieli coś naprawdę przeciwko niemu, byliby go zabrali wczoraj w nocy… Nie! Stanowczo pójdzie, a potem wróci tu, do Gospody i… «wtedy coś dobrego sobie zjemy, dobrze?» – zakończył wesoło […].

Nazajutrz zatelefonowała Stenia: odprowadziła Ojca do rogu Szucha i czeka teraz na niego w kawiarence w Alejach. Gdy tylko wróci, zatelefonują. Była godzina dziewiąta.

O godzinie 14.00 wezwano mnie znów do telefonu: Stenia płakała. Witold nie wrócił”.

 

„Witold Hulewicz przeczuwał swoje aresztowanie – pisze Mirosława Pałaszewska w książce Zofia Kossak. – Na krótko przedtem wyznaczył swoim zastępcą Witolda Bieńkowskiego z panią Zofią jako współredaktorką. Wydawali więc nadal pismo «Polska Żyje»” (Warszawa 1999).


„Witolda Hulewicza oskarżała choćby przeszłość. Wystarczało, że w jego akcie oskarżenia figurowało stwierdzenie, że brał udział w Powstaniu Wielkopolskim, a było to równoznaczne z wyrokiem śmierci. Mimo wszystko poszedł do gestapo, żeby nie narażać innych. Był dobrej myśli. On był zawsze optymistą” – wspomina Lesław Bartelski.


„Wyjechałam do Jeżówki pod Sochaczew, do majątku państwa Ruszczyńskich – domu zaprzyjaźnionego z rodziną Byszewskich – wspomina córka Hulewicza. – W dwa dni po aresztowaniu mego Ojca gestapo zabrało z mieszkania Stenię. Przyszli też do Babetki, na Dobrą, ale jej nie ruszyli […]. W Jeżówce przebywałam przez kilka tygodni, nie można jednak było korzystać z gościnności w nieskończoność, zwłaszcza, że podobnych „zagrożonych” przybywało. Wróciłam do Warszawy, zmieniłam adres zamieszkania […] oraz miejsce pracy: znalazłam zatrudnienie w nowo otwartej pięknej kawiarni Arkadia przy ul. Moniuszki.

Nie zajmowałam się już kolportażem prasy podziemnej, byłam bowiem «spalona». «Polska Żyje» wychodziła jednak regularnie dalej, a Ojciec kierował pracą z Pawiaka, nawet pisywał artykuły, przesyłając je przez polskich oddziałowych […]. Mniej więcej dwa razy w miesiącu otrzymywałyśmy z Babetką karty pocztowe z Pawiaka, pisane przez Tatulka po niemiecku. Dzięki swojej doskonałej znajomości języka pisał obszernie, pismem wyraźnym, lecz drobnym jak maczek, dzięki czemu wiadomości były szczegółowe. Ukrywał jednak rzeczywiste swoje udręki, pisząc zawsze w tonie optymistycznym, aby nam dodawać ducha. Z więzienia nadal troszczył się o mnie, kierował moimi decyzjami, nawet dbał, żebym rysowała, czytała odpowiednie książki, i prosił o szczegółowe listy. Pochwalał moją decyzję przeniesienia się z Gospody do Arkadii, która była własnością Stanisława Piaseckiego, znajomego Taty”.

 

Obława w kawiarni

 

„W Arkadii pracowałam tylko 5 dni, od 1 grudnia – wspomina córka Hulewicza. – Piątego grudnia lokal został otoczony policją, a do wnętrza wpadła banda gestapowców w mundurach i po cywilnemu. Wdarli się jak zwykle z wrzaskiem, ujadaniem psów owczarków i błyskawicznie rozbiegli się po obu salach kawiarni i na zapleczu. […] Policja dzieliła personel na dwie grupy: pierwsza to ci, którzy pracowali od 1 grudnia, czyli zaledwie 5 dni, oraz «czyści», czyli tacy, przy których nic nie znaleziono obciążającego, i druga grupa to: personel dawniejszy oraz wszyscy podejrzani [Stanisław Piasecki, właściciel kawiarni, redagował konspiracyjne pismo „Walka”]. Mnie skierowano do pierwszej grupy, lecz kierowana chęcią spotkania się z Ojcem i podzielenia jego losu, przesunęłam się sama dobrowolnie do drugiej grupy […]. Taki pomysł mógł się zrodzić jedynie w głowie tak niedoświadczonej, młodej osoby, jaką byłam wtedy!…


Zanim dojechaliśmy do Pawiaka, doszłam do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby mnie nie dołączano do sprawy Ojca. Z trudem wyszperałam w torebce fotografię Tatusia i zjadłam ją. Postanowiłam nie przyznawać się, że jestem jego córką. W kancelarii Pawiaka spisano moje personalia, zapisując nazwisko omyłkowo przez „Ch” (Chulewicz). Nie prostowałam błędu i dzięki temu początkowo nie zorientowano się, że nosimy to samo nazwisko”.

Korzystna omyłka na nic się zdaje, gdyż Stenia Hulewiczowa, dowiedziawszy się od oddziałowych Polek, że aresztowano Agnieszkę, prosi o umieszczenie pasierbicy w „jej” celi, przez co dziewczyna zostaje skojarzona z resztą rodziny.


„Stanęłam tak oko w oko z 25 parami oczu przyszłych moich współtowarzyszek niedoli, które «nową» witały niechętnie – pisze Agnieszka. – Była to jeszcze jedna osoba, która zajmie kawałek ciasnej przestrzeni, przeznaczonej na 12 kobiet, a zajmowanej przez 26, która wtłoczy swoje drobiazgi do przeładowanej szafki, będzie pretendować do mycia się w jednej z czterech miednic i nie wiadomo, gdzie się położy wieczorem, skoro już wszystkie prycze są zajęte, a także miejsca na stołach, na taboretach między pryczami i nawet na podłodze.

W ciągu dnia nie odczuwało się zbytnio ciasnoty, bowiem część więźniarek przebywała na kartoflami, część w pralni, jeszcze inne w szwalni, reszta zaś siedziała w celi robiąc coś na drutach, czytając […].

– Posiedzisz, dostaniesz paczkę, przyślą ci z domu poduszeczkę pod głowę, druty i włóczkę i też będziesz miała zajęcie – pocieszały mnie współtowarzyszki.

Ja jednak miałam nadzieję, że moje «omyłkowe» aresztowanie wyjaśni się i będę zwolniona lada dzień. Byłam naiwna! Marzyłam na razie o jednym: zobaczyć Tatusia.

Zaraz w pierwszych dniach przesłałam mu gryps przez kucharza z «męskiego», który roznosił kotły z żywnością.

 

Na Pawiaku

 

Pawiak, zbudowane w XIX wieku więzienie warszawskie, od wiosny 1940 roku podlega gestapo. Więźniowie kryminalni zostają przeniesieni do innych więzień. Dla Hulewicza pierwsze cztery miesiące na Pawiaku są znośne. Gestapo nie posiada dowodów na jego konspiracyjną działalność. On sam do niczego się nie przyznaje.


„Przez dłuższy okres [Hulewicz] był zatrudniony w bibliotece […]. Tu powstały jego wiersze […] i grypsy pisane do żony, które przekazywał na Serbię za pośrednictwem Żywny, mechanika zatrudnionego w pracowni krawieckiej przy konserwacji maszyn do szycia – wspomina więzień Leon Wanat, pisarz kancelarii pawiackiej, członek KOP, po wojnie świadek w Procesie Norymberskim (L. Wanat, Apel – więźniów Pawiaka, Książka i Wiedza, Warszawa 1976).


KOP zaczyna docierać na Pawiak od połowy 1940 roku, poprzez członków rekrutujących się z personelu więziennego: strażników, służbę medyczną, pracowników pralni i innych. „W początkowym okresie, w którym na Pawiaku pracowali przede wszystkim Polacy, dotarcie do uwięzionych było ułatwione. Później, kiedy większą część personelu stanowili Niemcy i Ukraińcy, napotykano duże trudności” – pisze Michał Wi­śniewski (Z historii powstania i działalności Komendy Obrońców Polski).

 

Za pomocą grypsów, Hulewicz instruuje córkę, jak ma zeznawać. Ma mówić, że po rozwodzie rodziców mieszkała z matką, a ojca widywała sporadycznie. Chodzi o to, żeby jak najmniej osób łączono z jego sprawą.

Córka Hulewicza opisuje swoje pierwsze tygodnie na Pawiaku: „Zdarzyła się okazja do naszego spotkania. Byłam w grupie obierających ziemniaki, kiedy wszedł Ojciec, «aby napomnieć kobiety, że obierają niedokładnie». Strażnik Niemiec chodził pod budyneczkiem gospodarskim, a Ojciec «krzyczał» na nas, a okiem mrugał, że to na niby… Przypadłam do niego, przytuliłam się na chwilkę. Poczułam znany zapach i szorstkość jego policzka na moim. Dla takiej chwili warto było dostać się na Pawiak.

Innym razem dano znać – mnie i Steni – że mamy się zaraz udać do okulistki w szpitalu. W takich razach nie należało o nic pytać. Stanęłyśmy w ogonku do lekarza. Z drugiej strony korytarza stali pacjenci – mężczyźni, a wśród nich… Ojciec”.

 

Styczniowa wsypa

 

„W trakcie śledztwa prowadzonego przeciwko polskiemu ruchowi oporu, tutejszy urząd przechwycił – po raz pierwszy w grudniu 1939 – utrzymaną w szczególnie agresywnym tonie pismo podburzające, które nosiło tytuł «Polska Żyje» i próbowało nastawiać przeciwko Niemcom ludność polską […]. Śledztwo mające na celu ustalenie twórców i kolporterów pisma przebiegało w początkowej fazie bezskutecznie, gdyż brakowało informacji dotyczących sprawców. Latem 1940 roku udało się jednak poprzez zaufaną osobę nawiązać bezpośrednią łączność z grupą polskiego ruchu oporu, której członkowie regularnie otrzymywali i rozpowszechniali pismo. Organizacja tajna, do której grupa ta należała, zwała się «OP» («Obrońcy Polski») [inna nazwa KOP]” (Raport dowódcy policji i służby bezpieczeństwa okręgu lu­belskiego do Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, nr 7767 40 III B/1, kwiecień 1941; zob. MiD WIH, mikrof. 433).

 

Jako pierwszą gestapo rozpracowuje KOP działającą na Śląsku. W drugiej połowie 1940 roku – KOP okręgu lubelskiego. Jesienią 1940 roku następują pojedyncze aresztowania w Warszawie.

Oto przykład jednej z akcji likwidacyjnych gestapo: „14 września 1940 roku doszło do zbrojnego starcia z gestapowcami, którzy urządzili zasadzkę w punkcie kontaktowym K[omendy] G[łównej] przy ulicy Lwowskiej 1 w [Warszawie]. Niemcy zastali tam Jana Bogubowicza i po sterroryzowaniu go czekali na przybycie innych członków KOP. Po jakimś czasie nadszedł komendant główny KOP, Henryk Borucki (w przebraniu kobiety), w towarzystwie szefa propagandy, Lucjana Kołacińskiego. Na próbę wciągnięcia go do mieszkania przez gestapowców Borucki odpowiedział ogniem. W powstałym na skutek dalszej wymiany strzałów zamieszaniu, kopowcom udało się zbiec. Zabity został asystent kryminalny [SS-Unterscharführer] Bereuter (lub Dereuter), a drugi gestapowiec [tłumacz] Otto Schultz został ranny. W czasie ucieczki ranny został także Jan Bogubowicz, którego na ulicy Koszykowej zatrzymali funkcjonariusze granatowej policji i umieścili w szpitalu przy ulicy Koszykowej. Powiadomione o tym gestapo natychmiast aresztowało rannego” (M. Wiśniewski, Z historii powstania i działalności KOP).


W odpowiedzi na zabicie jednego i ranienie drugiego pracownika gestapo, zostaje rozstrzelanych 200 więźniów Pawiaka, w tym 20 kobiet (zob. R. Domańska, Pawiak  kaźń i heroizm, Warszawa 1988).

 

We wrześniu 1940 roku, oprócz Hulewicza zostają zatrzymani w Warszawie: Stefan Helmuth – członek KOP, pracujący w gestapo, łączniczka Karolina Olszyńska, szef wydziału bezpieczeństwa Komendy Głównej KOP – Wincenty Daremniak, naczelny dowódca grup bojowych – pułkownik Marian Bończa-Cyrklewicz.


Do końca 1940 roku gestapo zatrzymuje komendanta okręgu stołecznego – Henryka Gaudasińskiego z synem Zygmuntem, zastępcę komendanta okręgu warszawskiego – Bronisława Bachlińskiego, inspektora okręgu stołecznego – Kazimierza Jaroszyńskiego i wielu innych.


Styczeń 1941 roku zdaje się przełomowy w śledztwie przeciwko KOP. Na początku 1941 roku zostaje aresztowanych gros osób pełniących w KOP kierownicze funkcje. Wśród nich: komendant główny Henryk Borucki (następca Studzińskiego) i szef wydziału propagandy Komendy Głównej, Lucjan Kołaciński. Gestapo likwiduje drukarnię na Konopczyńskiego oraz zecernię. Podczas akcji giną zecerzy – bracia Czesław i Władysław Chałupiczyńscy.


22 stycznia 1941 roku gestapo likwiduje powielarnię. Zostają aresztowane obecne w powielarni osoby, skonfiskowane 2 tysiące egzemplarzy „Polska Żyje”.


Bartelski wspomina, że Zofia Kossak-Szczucka jest współredaktorem „Polska Żyje!” „do styczniowej wsypy 1941 roku”. Po styczniu 1941 roku przestaje wychodzić redagowane przez Kossak-Szczucką pismo dla młodzieży „Orlęta”.

„Trudno jest ustalić liczbę uwięzionych i rozstrzelanych w 1940 i na wiosnę 1941 roku [kopowców] – pisze Michał Wiśniewski. – W styczniu zaś 1941 roku w samej tylko Warszawie aresztowania objęły ponad 200 ludzi i trwały jeszcze w lutym i marcu, choć z mniejszym natężeniem”.

 

Szef warszawskiego gestapo pisze w raporcie do Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy: „Wprawdzie oprócz ulotek «OP», ukazywało i ukazuje się jeszcze wiele innych ulotek różnych organizacji, jednak żadna w tak wysokim nakładzie, jak to było w przypadku pism «Polska Żyje» i «Orlęta». Pismo dywersyjne «Żołnierze frontowi, Towarzysze» na przykład, ukazywało się – według zeznań ujętych funkcjonariuszy – w nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy. Organizacja «O[brońcy] P[olski]» przyczyniła się najbardziej do wzbudzania, podtrzymywania, siania i pogłębiania nienawiści wobec Niemiec wśród Polaków” (Raport warszawskiego gestapo dla Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, nr III/11-C-1-562/40, l VIII 1941; zob. MiD WIH, mikrof. 433).


Za wyjątkowo szkodliwy uznaje gestapo, wydany przez KOP kalendarzyk kieszonkowy na rok 1941 rok. W kalendarzyku tym znajduje się między innymi Dekalog Polaka autorstwa „Ciotki Zosi” (Kossak-Szczuckiej).


Czytamy w nim: „Jam jest Polska, Ojczyzna Twoja, ziemia Ojców, z której wzrosłeś. Wszystko, czymś jest, po Bogu mnie zawdzięczasz.

  1. Nie będziesz miał ukochania ziemskiego nade mnie.
  2. Nie będziesz wzywał imienia Polski dla własnej chwały, kariery albo nagrody.
  3. Pamiętaj, abyś Polsce oddał bez wahania majątek, szczęście osobiste i życie.
  4. Czcij Polskę, ojczyznę twoją, jak matkę rodzoną.
  5. Z wrogami Polski walcz wytrwale do ostatniego tchu, do ostatniej kropli krwi w żyłach twoich.
  6. Walcz z własnym wygodnictwem i tchórzostwem. Pamiętaj, że tchórz nie może być Polakiem.
  7. Bądź bez litości dla zdrajców imienia polskiego.
  8. Zawsze i wszędzie śmiało stwierdzaj, że jesteś Polakiem.
  9. Nie dopuść, by wątpiono w Polskę.
  10. Nie pozwól, by ubliżano Polsce poniżając Jej wielkość i Jej zasługę, Jej dorobek i Majestat”.

W aktach warszawskiego gestapo wymienia się, zgodnie z rzeczywistością, Zofię Kossak tuż za Witoldem Hulewiczem wśród redaktorów „Polska Żyje”. Przy nazwisku Szczuckiej widnieje adnotacja ist flüchtig (zbiegła).

„Ciągle pytają mnie o ciocię Zosię – pisze Witold Hulewicz w grypsie do córki. – Biją strasznie. Nie powiedziałem nic. Wsypał mnie…, może nie wytrzymał”.

 

„Sytuacja jego stawała się coraz cięższa – pisze o więzionym na Pawiaku Hulewiczu jego córka. – Kolejne wsypy w mieście, aresztowania powiązanych z Ojcem osób, stałe przesłuchania na Szucha, połączone z coraz wymyślniejszymi torturami fizycznymi i moralnymi. Na konfrontacjach nie przyznawał się do niczego. Nikogo nie poznawał, o niczym nie wiedział… A jednak znalazł się taki «przyjaciel»…”.

„W toku dalszych aresztowań ujawniono […] ścisłe związki Hulewicza z propagandą w języku niemieckim” – wspomina Stanisław Lorentz (R. Jarocki, Rozmowy z Lorentzem).


„Witold Hulewicz był wiele razy przesłuchiwany w Alei Szucha, skąd powracał na Pawiak ciężko pobity” – wspomina Leon Wanat w Apelu więźniów Pawiaka.

 

U mnie wszystko dobrze

 

„Na początku 1941 roku nastąpiły najcięższe chwile – pisze córka Hulewicza –dowiadywałyśmy się, ze trzymają go w Dunkelzelle (ciemnicy), pomieszczeniu tak niskim, że nie można się było tam wyprostować, bez okna, bez pryczy, z wodą na podłodze, że wożą go na Szucha, a przywożą stamtąd na noszach […]. Leczą w szpitalu i znów biorą na przesłuchania […]. Widziałam Tatusia jeszcze raz, pod koniec mego pobytu na Pawiaku. Był wtedy bardzo szczupły i całkiem siwy”.

 

28 marca 1941 zostaje wypuszczona na wolność córka Hulewicza. Wspomina pierwsze dni poza więzieniem: „Nawiązałam łączność z jednym z polskich strażników, który zabierał ode mnie grypsy i paczuszki z żywnością, a przynosił od Tatusia wiadomości. Zawsze częstowałam go obiadem lub kolacją i kieliszkiem czegoś mocniejszego, jako że praco­wałam znowu w Gospodzie Kujawskiej i tu odbywały się nasze spotkania”.


A pocztą nadal przychodziły pod adres Babetki listy od Tatulka, pisane po niemiecku: „14 V 41 Moja najdroższa Mamo! […]. Słońce grzeje już trochę cieplej i spacery są przyjemniejsze. Ale bez, konwalie i dzwonek (jak w wierszu z powinszowankami) spóźniły się w tym roku na Twoje imieniny… Przyślijcie mi przy okazji mały bukiecik fiołków […]. Nie odpowiedziałaś mi jeszcze, czy mój chopinowski maszynopis jest u Włodka, czy pozostał w mieszkaniu. Dowiedziałem się dopiero teraz, że zmarł Wacław Berent. Może Miś mógłby udzielić mi rady. Przed trzema tygodniami oparzyłem sobie język i podniebienie gorącą zupą i od tego czasu mam w tym miejscu ranki, które bolą. Nie chcą się goić, choć płukałem kwasem bornym i kalihipermanganicum. W ogóle tutaj najmniejsze ranki, ukąszenie owada itd. bardzo trudno się goją”.

 

Kartka z 30 maja 1941 roku jest krótka: „U mnie wszystko dobrze. Nie mam nic nowego do doniesienia”. Na końcu niezmienne wyrazy pamięci o krewnych i przyjaciołach.

„Wreszcie gestapo powiedziało mojemu Ojcu – wspomina córka Hulewicza – że on doskonale wie, o co chodzi i albo zacznie mówić, albo go rozstrzelają”.

 

„12 czerwca po południu zaprzyjaźniony ze mną strażnik z Pawiaka znów mnie odwiedził – pisze Agnieszka w Rodem z Kościanek. – Był zmieniony, poważny i nie chciał zostać na poczęstunku. Rozmawialiśmy krótko:

– Wszystko to, co mi pani dała do przeniesienia, dostarczyłem. Ojciec pani bardzo dziękował.

W małej paczuszce wysłałam butelkę wody lawendowej, bukiecik fiołków, życzenia imieninowe na 2 czerwca i medalik Matki Boskiej Jazłowieckiej.

– Przeniosłem też w portfelu opłatki z kościoła Wszystkich Świętych. Ksiądz Maksymilian Kolbe spowiada w bibliotece pawiackiej i rozdaje komunię… Pani Tatuś też był u niego.

– To pięknie. Dziękuję za tę wiadomość. Czy może pan zabrać znów jakiś drobiazg dla Ojca?

– Nie. Już nic nie zabiorę. Już go nie ma na Pawiaku… Wywieźli ich…

– Z transportem??! Dokąd?

– Nie wiem. Ja nic nie wiem. Przepraszam, ale ja już muszę iść…

Nie widziałam owego strażnika nigdy więcej”.

 

W kilka dni później pocztą przychodzi kartka: „Moje najdroższe Matko i Córeczko! Niech Wam Bóg zapłaci za Wasz cudowny list z wczoraj. Proszę już nie przysyłać paczek. Pozdrówcie i ucałujcie ode mnie wszystkich krewnych i przyjaciół, a szczególnie gorąco ucałujcie się wzajemnie w moim imieniu. Modlę się żarliwie. Nie odpowiadam na poszczególne pytania. Nic nie jest ważne. Kładę krzyżyk na czole mego Dziecka, które tak poważnie i pięknie żyje.

Żegnajcie. Zobaczymy się znowu! Wasz całą duszą Witold”.

©Agnieszka Karaś