Jakub Pańków

Jakub Pańków

Tu jestem

tu jestem, gdzie postawię znak

czarny w otchłani bieli

tu jestem, gdzie zostawię ślad

na skrawku papieru

gdzieś  jestem śladem buta

spojrzeniem, oddechem

tam daleko nieobecnością

czyimś wspomnieniem

Jakub Pańków

Nowy Wspaniały Człowiek

Czy naprawdę, tych pozornie przenikliwych umysłów nie stać na prostą refleksję, 

że najbardziej niebezpieczny jest ten rodzaj przemocy który jest niewidoczny. 

A także to, że każda przemoc ma swoje źródło 

i jest w jakiś sposób intencjonalna?

 

Bardzo istotnym elementem programowania mentalnego jest warunkowanie człowieka w jego przeświadczeniach, co do nieodwracalności zmian i konieczności podążania za nimi. Nie zamierzam wskazywać nikomu jak miałyby wyglądać alternatywy dla obecnego stanu rzeczy, gdyż w moim odczuciu każdy musi – lub przynajmniej powinien – zadawać sobie taki trud sam.

 

Inną kwestią jest ta, że tak naprawdę najważniejszy dla człowieka w wymiarze egzystencjalnym jest czas teraźniejszy. Ciekawe jest natomiast, że „przeszłość” – w całej jej rozciągłości – przedstawiana jest, przez różnej maści technokratów i ideologów, jako jednoznacznie mniej atrakcyjna od „przyszłości”. W ich ujęciu najgorszym i najbardziej mrocznym okresem w dziejach ludzkości (pomijając neolit) były wieki średnie – nie ma to jak „średniowiecze”.

 

Dla przeciętnego dyletanta historycznego wszystko spowija tam dym stosów, a kojarzy się nieodparcie z pasami cnoty, samobiczowaniem, krucjatami i epidemią trądu. Duns Szkot, Mistrz Ekhart, św. Bonawentura, Tomasz z Akwinu, Giotto, św. Franciszek z Asyżu, Mikołaj z Kuzy czy też Awicenna byli zapewne mało istotnymi ogniwami w łańcuchu ewolucji jaka miała doprowadzić do powstania dzisiejszego beneficjenta „cywilizacji nadmiaru”, klienta salonów RTV i AGD, biegłego w znawstwie nowych modeli iPodów. Paradoksalnie jednak, z tego co mi wiadomo nawet najbardziej krwawe bitwy tamtego okresu były zaledwie niewinnymi potyczkami w stosunku do eskalacji ludobójstwa w XX wieku. Bo tak naprawdę to dopiero otwarcie techniczno-przemysłowej puszki Pandory, wsparte materializmem naukowym i oświeceniowym optymizmem – co do natury człowieka, dało podwaliny dla największego (jak dotychczas) w dziejach ludzkości zbiorowego szaleństwa.

 

Nie uważam za stosowne licytowanie się co do liczb; nie sądzę aby dodawanie ofiar Maoizmu, stalinizmu i hitleryzmu, do masowych pogromów Ormian w Turcji czy 200 tys. cywili w Hiroszimie czy prawie miliona istnień w Ruandzie miało jakiś wymierny sens. Jeżeli jednak używamy terminu „średniowiecze” jako synonimu zapaści i „wieku ciemności” to pamiętajmy, że tylko jedna bitwa I wojny światowej nad rzeką Marną, rozgrywająca się pomiędzy 4 a 9 wrześniem 1914 roku pochłonęła 850 tys. istnień ludzkich. A wiele miesięcy później smród rozkładających się ciał czuć było z odległości kilkunastu kilometrów… Nie ma to jak „średniowiecze”.

 

Tak czy owak bilans „stulecia rozumu” i „racjonalizmu” jest przerażający, a udział w jego moralnych porażkach ludzi tak zwanej nauki niepodważalny. Cała masa odkryć „naukowych” napędzała przemysłową machinę coraz to wymyślniejszych technologii masowego ludobójstwa. Bez roztropnych i kulturalnych ludzi nauki nie byłoby iperytu, broni biologicznej, cyklonu B, broni nuklearnej i tysiąca innych unowocześnień służących kontroli, okaleczaniu oraz zabijaniu jednego człowieka przez drugiego.

 

Najbardziej jednak frapujący jest fakt, że nie istnieje tak naprawdę granica za którą można mówić o zakończeniu tego procesu wzajemnego uzupełniania się technologii i przemocy. Tym bardziej zatem dziwi i niepokoi optymizm ludzi, którzy mówią z taką fascynacją np. o trans- humanizmie jako czymś nieodzownym dla wizji przyszłości; zatem człowiek musi ewoluować, musi się zmieniać, a rozwój maszyn i robotyki oraz nanotechnologii jest już nieuniknioną konsekwencją dziejową… Być może (?). Interesuje mnie jednak, w „co” – nieodwracalnie – musi „ewoluować” człowiek, bo przecież niekoniecznie w „kogoś”? Idea człowieka na wpół humanoida na wpół robota-żołnierza, może być fascynująca tylko dla kogoś pozbawionego zbytnio wyobraźni a całkowicie pogrążonego w wąskim wycinku uprawianej przez siebie dziedziny technologii. Pomijając oczywiście nastolatków żyjących w świecie gier komputerowych.

 

Mógłbym niemal z dziecinną naiwnością zapytać czy poezja Blake’a lub Rozmyślania Marka Aureliusza są tak naprawdę archaicznym odpadem cywilizacji, której cała nadzieja lokuje się w technologii silikonów, protez ortopedycznych, czy innowacji włókien syntetycznych. W rzeczywistości, ewolucja technologiczna ni jak nie pokrywa się z jakimś realnym rozwojem, psychologicznym czy etyczno-moralnym, przeciętnego „użytkownika” współczesnej cywilizacji. Na głębszych poziomach ludzkiej psychiki raczej nic się nie zmieniło od czasów Fenicjan czy Karola Młota. A na pewno nikt nie może dostarczyć na to jakiś wymiernych dowodów. Tak naprawdę „opowieści” o możliwości wszechstronnego rozwoju człowieka jako gatunku czy też jakiejś wybranej grupy ludzi jest zwykłą pułapką, jaką zastawiają cynicy na głupców lub sprytniejsi na naiwnych. Taka narracja była zazwyczaj symptomatyczna dla „wizjonerów” poprzedzających nadejście wielkich tyrani, mówili oni zawsze o grupie, o wybranych – nigdy o jednostce, o człowieku w wymiarze egzystencjalnym. Poszukiwanie Nadczłowieka i Rasy Wybranej niezbyt różniło się w praktyce od idei „wyzwolenia” i „oświecenia” proletariatu. Wszystko to wiązało się też z bezkrytycznym pozytywizmem poznawczym i kultem nauk empirycznych. Można tylko spekulować, którzy to z intelektualistów byli cynikami a którzy tzw. pożytecznymi idiotami.

 

Nasuwa się też pewna analogia religijna; ten motyw przeprowadzania „narodu wybranego” do Ziemi Obiecanej, elementy wtajemniczenia, osoby „kapłanów”, kult złotego cielca, ofiary oraz „naturalna” selekcja jaka musiała się odbyć przed wejściem do „nowej ziemi”. Pomijając zatem aspekt teologiczny zawarty w Księdze Wyjścia, ciekawy jest pewien schemat który na poziomie eksperymentu socjotechnicznego był i jest cały czas powielany. Pewna grupa „wybranych”, pod przywództwem „wtajemniczonych” musi opuścić dotychczasową sytuację aby odnaleźć „dom przyszłości”. Paradoksalnie, w tej narracji, „naukowcy” niezbyt różnią się od antenatów Ery Wodnika. Z tą może różnicą, że ci pierwsi mamią wizją kolonii na Marsie, nanotechnologii, cudownego leku na starzenie się oraz raka podczas gdy ci drudzy, mówią o „wyższej świadomości”, wibracjach, kosmicznych matrycach i podróżach astralnych. Zarówno jednak jedni i drudzy roztaczają wizję jakiejś Arkadii na wzór Nowego Jeruzalem z Objawienia św. Jana, gdzie rzekomo ludzie będą żyli w harmonii ze sobą oraz w zgodzie z naturą. Jednak podłoże psychologiczne na którym bazuje to „kuszenie” jest w gruncie rzeczy takie samo a odnosi się do najbardziej pierwotnych lęków człowieka; zasadności oraz istoty „bytu”, pytania o sens istnienia czy też natury życia oraz śmierci.

 

Tu znowu pojawia się pewna analogia biblijna tym razem do Księgi Genesis, a mianowicie chodzi i o drzewo poznania dobra i zła, sąsiadujące z drzewem życia. Iluminacja i nieśmiertelność są największymi dylematami a zarazem pokusami człowieka, bez względu na to jaki wyznaje światopogląd. Koniec końców, zmiana nie dokonuje się w człowieku, nie ma dotyczyć jego samodoskonalenia się w moralności i miłości bliźniego, zmiana ma się dokonywać na zewnątrz i dotyczyć rytuałów. Nie ważne zatem czy będzie to implant z microchipem pod skórę czy „podnoszenie poziomu kosmicznej wibracji”, bo tak naprawdę chodzi o złudzenie przynależenia do „gatunku ludzi” Nowej Ery.

 

Jakub Pańków

Tu jestem

tu jestem, gdzie postawię znak

czarny w otchłani bieli

tu jestem, gdzie zostawię ślad

na skrawku papieru

gdzieś  jestem śladem buta

spojrzeniem, oddechem

tam daleko nieobecnością

czyimś wspomnieniem

Jakub Pańków

Nauka

gdyby można było zmierzyć

oporność naszej natury

gdyby można zmierzyć

napięcie, natężenie

lęku, cierpienia, radości 

na styku człowieka ze Światem

 

Może On, Zbawiciel

wyszedł poza skalę

poza zakres pomiaru

 

Jedyna rozpacz Ojca zażegnana

 

Jakub Pańków