Świegocki

Kazimierz Świegocki

Piórem Kazimierza Świegockiego:

O czasie

[Rzeczy] ani nie istnieją w sposób zupełny,

ani nie można powiedzieć,

żeby w sposób zupełny nie istniały.

To bowiem naprawdę istnieje,

co niezmiennie trwa

(św. Augustyn, Confessiones, VII, 7)

 

Nigdy chyba nie wyzbędę się uczucia zdziwienia, że to, co kiedyś przeżywaliśmy jako najbardziej realne, żywe i konkretne – dziś jest już tylko dotykalne pamięcią. Ono żyje jakoś w dalszym ciągu, jest w nas obecne, ale stajemy bezradni, gdy przyjdzie nam chęć określenia istoty tego życia. Życie to i nie-życie, istnieje ono i nie istnieje.

 

Czymże jest to, co minęło, i czym to, co powoduje mijanie? Pierwsze nazywamy przeszłością, drugie czasem. Ale tylko naiwni prostaczkowie albo zarozumiali uczeni mogą żywić przekonanie, że skoro znaleźli nazwę, to zrozumieli zjawisko i rozwiązali problem. Święty Augustyn na pytanie o czas odpowiadał: wiem, czym jest, póki o to nie pytasz, nie wiem, gdy pytasz. Ta odpowiedź może być uznana za wyraz bezradnej ludzkiej mądrości.  Bo mądrość ludzka to mądrość niewiedzy, to Sokratejskie wiem, że nic nie wiem.

 

Może ona jednak sugerować również istnienie innej wiedzy niż ta, która da się ująć w słowa, pojęcia i definicje, wiedzy przedsłownej, przedracjonalnej. Bo Augustyn najpierw mówi przecież: wiem, gdy o to nie pytasz. A zatem – wiem.

Lecz jest to taka wiedza, że jej nie można wyrazić. Wielki filozof wcale tu nie żartuje, ani nie wykręca się od odpowiedzi. Wszystko jednak wskazuje na to, że wiedza, o której on mówi, że ją posiada, nie należy do porządku poznawczego filozofii i nauki. Może więc do poezji?

 

Ale czy poezja daje nam wiedzę? Raczej nie. Czy daje jakiekolwiek poznanie? Z pewnością jakieś tak. Ale to nie naukowe, ani filozoficzne poznanie obiektywne, lecz wyłącznie pewien rodzaj samopoznania oparty na wsobnej wizji, na wewnętrznym samooglądzie i samoprzeżywaniu. Poezja jest działaniem, jak na to wskazuje grecki źródłosłów jej nazwy (poiein – działać). Poemat, czyli rezultat owego działania, zawiera treści tego specyficznego doświadczenia egzystencjalnego, które się w nas dzieje nieustannie, gdy tylko byt swój staramy się uczynić jakoś przejrzystym, pojętym, i przyswajalnym dla niego samego tak aby, niczym Bóg, mógł o sobie powiedzieć: jestem tym, kim jestem. Doświadczenie to jednak uczy nas, że te boskie słowa są nam odmówione pod groźbą pogwałcenia prawdy.

 

Byt nasz bowiem z natury swojej jest niepełny i nienasycony. Jest nie tym, czym jest, ale tym, czym się staje. On nigdy nie jest u siebie, nigdy cały w sobie, lecz zawsze poszukujący siebie, wychylony poza swoje granice, które zresztą bardziej podobne są do zmiennych i oddalających się linii horyzontu, niż stałych brzegów morza. Ten byt nasz wiecznie poszukuje siebie samego, swojej pełni, skończonego dosytu swego istnienia, tak jak ziarno rzucone w glebę nie spocznie w swoim rozroście, póki nie stanie się spełnioną rośliną dojrzałą, entelechią. Kres wzrastania ludzkiego bytu i stan jego całkowitej dojrzałości byłby realny wówczas jedynie, gdyby mógł on o sobie powiedzieć te boskie słowa: jestem tym, kim jestem.

 

Może zresztą słowa z Księgi Rodzaju o stworzeniu człowieka na obraz i podobieństwo Boga skrywają w swej tajemniczej głębi tę prawdę i zarazem metafizyczno-eschatologiczną nadzieję. Jest to nadzieja na wyjście z istnienia w czasie. Na wypłynięcie z Heraklitejskiej rzeki zmienności do Parmenidejskiego morza trwania. Wtedy nie będzie już nam potrzebna pamięć, to marne narzędzie spajania tego, co ulotne, w złudną postać rozsypującej się wiecznie całości. I nie będzie potrzebna żadna filozofia i najbardziej nawet metafizyczna poezja, bo nic już nie będzie wymagało szukania, nawoływania, ani scalania. Wszystko będzie na miejscu i scalone. Nie będzie ani nieszczęśliwej świadomości, ni szczęśliwych rzeczy, ani ich wzajemnego oddalenia i sporu. Będzie tylko tożsame z sobą ISTNIEĆ. Ono powie: jestem tym, czym jestem. Ale to wszystko nastąpi wtedy, kiedy nas nie będzie i rzeka czasu pogrąży się całkowicie w oceanie wieczności.

 

Tymczasem jednak mówi się, że sztuka i literatura po to są, aby utrwalać to, co przemija, aby unieśmiertelniać to, co śmiertelne, uwieczniać chwilę. Twierdzenia te, choć popularne i wchodzą do repertuaru obiegowej mądrości eseistów i różnych myślicieli, głoszą treści wewnętrznie sprzeczne. Bo jakżeż można uczynić trwałym to, co z istoty swej jest nietrwałe? Trzeba by zmienić jego istotę, naturę. A to by znaczyło jednak, że artysta jest nie tylko twórcą, lecz i stwórcą, więc Bogiem. Lecz to już czyste szaleństwo.

 

Któż z nas może zmienić naturę czasu, skoro go nawet zrozumieć nie jesteśmy w stanie? Czas bowiem jest doskonale irracjonalny. I jest też doskonale ironiczny. Daje nam jedną ręką to, co zabiera drugą. Daje bogactwa świata i życia, mówi do nas: patrzcie, to wszystko co widzicie, istnieje naprawdę. Istniejecie wy sami. Wasze dążenia i wszelkie nadzieje nie są fikcją, lecz żyzną treścią waszego życia. Mówi dalej: głęboki sens ma wasza praca, owoce jej wysiłków nie ulegną roztrwonieniu. Pracujcie więc, dążcie do celu, bierzcie świat w swoje posiadanie. I mówiąc to, czas, aby nie być gołosłownym, odsłania przed nami coraz to nowe obszary rzeczywistości, nowe ziemie, nowych ludzi, przyjaciół, wrogów, nowe przeżycia, radości i smutki, które bez jego udziału byłyby dla nas na zawsze zakryte. I tak jak wiatr przypędza do brzegu morza lub wielkiego jeziora coraz to nowe fale z drugiego krańca horyzontu, którego linia ginąc we mgle nasuwa nam myśl o nieskończoności, myśl o tym, co pewien grecki filozof nazwał pięknie i tajemniczo dziś dla nas brzmiącym słowem apeiron, tak czas napędza nam przed oczy i uszy coraz to nowe fale wrażeń i wydaje się być jak ów boski apeiron niewyczerpanym dawcą tego, co istnieje.

 

Ale jego wspaniałomyślność ma nazbyt wiele z istoty pozorów, aby można cieszyć się jej blaskiem naprawdę. Oto bowiem czas nie daje nam niczego za darmo. Otrzymujesz nowe, ale tylko pod warunkiem, że oddajesz stare. Jeśli oglądasz piękne drzewo z jednej strony, a chciałbyś je obejrzeć z innej, musisz porzucić poprzedni punkt widzenia. Nie możesz bowiem widzieć drzewa ze wszystkich stron jednocześnie. Tak jak nie możesz żyć jednocześnie we wszystkich porach dnia i roku i we wszystkich fazach swojego życia. Wszelkie przemieszczanie się jest zawsze utratą tego, co się aktualnie posiada i zdobywaniem nowego. I tak tylko istniejemy w przemijaniu, czyli w czasie. Tyle od czasu otrzymujesz, ile mu oddajesz. Bilans zatem wydaje się tu być doskonale zerowy. Ukoronowaniem tej metafizycznej buchalterii jest ostateczne rozliczenie z życia: Otrzymałeś je za darmo, boś przecież wyłonił się z nicości do bytu, z nie-życia do życia, a więc jak gdyby dostałeś coś za nic. Ale tak jest tylko na początku.

Na końcu zaś odwrotnie: umierając oddajesz życie i przyjmujesz nie-życie, zabrano ci byt, dano nie-byt, a więc oddałeś coś za nic, jakkolwiek by to nic rozumieć.

 

I tak ostatecznie czas wymierza doskonałą sprawiedliwość, dając nam tyleż życia co śmierci, tyle bytu co niebytu. Misterium życia i śmierci widziane w kategoriach czasu znajduje swoje rozwiązanie w stanie metafizycznego zera bezwzględnego. Musi zatem ostatecznie być tak, że jeżeli życie, istnienie jest prawdą, to czas jest pozorem, a jeśli czas jest prawdą, to życie pozorem. Taka wydaje się stąd wynikać logika. Jednakże logika ta nie daje nam żadnego pocieszenia, gdyż sama nie wskazuje wyjścia z zamkniętego kręgu wzajemnie znoszących się członów tego wniosku-twierdzenia. Stoimy przed paradoksem, jeśli nie przed absurdem. Ani bowiem nie jesteśmy w stanie umysłem swoim pojąć tego, iż czas jest nierealny, ani tego, że życie nie jest prawdą. Wszak istniejemy   jednak   jakoś   i   naprawdę   doznajemy   czasu i nawet poznajemy go, skoro jesteśmy w stanie pomyśleć o bez-czasie, czyli o czymś, co jest czasowi przeciwne.

 

Tak więc wracamy do sytuacji wyjściowej, czyli do kłopotu świętego Augustyna. Spróbujmy jednak jakoś sobie odpowiedzieć: Czas, tak jak życie jest niepoznawalny w swojej istocie. Wiemy, że jest, poznajemy jego przejawy i skutki, ale on sam w pełni swego majestatu w swej najgłębszej istocie tak jak życie jest tajemnicą. Znamy go jako przyczynę różnych następstw, ale nie znamy przyczyny jego samego. Słyszymy głos, lecz nie widzimy wołającego. A zatem rozważania prowadzone w duchu logiki empirycznej, nie dając ukojenia naszemu myśleniu, zdają się odsyłać je i skłaniać do przyjęcia jakiegoś irracjonalnego wymiaru, czy wręcz podłoża rzeczywistości. Wydaje się, że to, co racjonalne jest tylko powierzchnią, głębia zaś jest irracjonalnej natury. I właśnie w tej tajemniczej głębi, w przestrzeniach irracjonalnego znajduje się klucz do ostatecznego wytłumaczenia wszystkiego. Ostateczna racja czasu i naszego istnienia w czasie, jak również racja wszystkiego, co racjonalne. Bo to, co racjonalne, ma swe korzenie w tym, co irracjonalne.

 

A z tym co irracjonalne, najbardziej spokrewniona jest poezja. I ona to, być może, jest jedynym naszym głosem, na który odpowiada ze swojej niepojętej głębi Byt. Bo on ma naturę poetycką – zaczyna się słowem a kończy milczeniem i, tak jak wielka poezja, mieszka w nieogarnionej ciszy, która jest nim samym, i która jest także odpowiedzią na nasze pytanie: Czym w istocie jest czas, i czym jest to, co się w nim rodzi i w nim umiera?

Kazimierz Świegocki

ok. 1985

Konrad Sutarski – poeta i myśliciel.
Obrońca upadającej cywilizacji

Poznałem go na Ciechanowskiej Jesieni Poezji w drugim dniu jej trwania, gdy impreza odbywała się w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze na zamku Krasińskich w aurze iście romantycznej, jaką tchnie ów zamek i całe jego otoczenie wraz z pomnikiem „trzeciego wieszcza” narodu.

 

Konrad miał tam swoje wystąpienie niemal w dzień swojego jubileuszu. Nie mówił o poezji, lecz o sprawach dotyczących sytuacji, w jakiej znalazła się nasza współczesna cywilizacja, więc wystąpił nie jako twórca-poeta, lecz jako intelektualista. Mówił piękną polszczyzną i z ogromnym przejęciem. Wiele miejsca poświęcił refleksjom nad relacjami między Polską a Węgrami zarówno w perspektywie historycznej jak i współczesnej. Byłem niezwykle zdziwiony, że ten elegancki pan, snujący swobodnie swoją narrację niczym młodzieniec, liczy sobie 85 lat. Spędziłem z nim wieczór w hotelu na miłych, a niebanalnych rozmowach.

 

Kim jest Konrad Sutarski?

 

Znamy go przede wszystkim jako tłumacza poezji węgierskiej na język polski. Mniej jako poetę, a najmniej jako eseistę i działacza kulturalnego w relacjach polsko-węgierskich. Tymczasem właśnie w tych dwóch ostatnich dziedzinach prezentuje się jego osoba bardzo okazale. Ale zacznijmy od początku jego drogi życiowej jako poety i człowieka kultury. Rocznik 1934. Urodził się w Poznaniu jako syn urzędnika państwowego, oficera rezerwy, który został zamordowany w Katyniu. W 1956 roku został współzałożycielem grupy poetyckiej „Wierzbak”, do której należeli m.in. tacy poeci jak Marian Grześczak i Józef Ratajczak. Pierwszy zbiór wierszy Skraj ruchu wydał w Wydawnictwie Poznańskim w roku 1960.

 

W cztery lata później, po ukończeniu studiów politechnicznych w Poznaniu, przybywa do Warszawy, gdzie bardzo nietypowo dla poety podejmuje pracę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego jako asystent tejże uczelni. Jednak już rok później wyjeżdża do Budapesztu wraz ze swoją żoną Węgierką, którą poślubił w Polsce trzy lata wcześniej.

W stolicy Węgier kontynuuje studia w zakresie maszyn rolniczych i otrzymuje tu doktorat w tej dziedzinie. Staje się autorem wielu wynalazków technicznych. Techniczne sukcesy zawodowe nie przesłaniają mu jednak humanistycznych upodobań i pasji. Szybko daje się tu poznać jako wytrawny tłumacz, eseista i krytyk literacki. A także jako dyplomata i dziennikarz telewizyjny. Szybko też i głęboko wrasta w kulturę swojej drugiej ojczyzny, nie zatracając bynajmniej swojej pierwotnej tożsamości narodowej. Wręcz przeciwnie – jego polskość wzbogaca się teraz o to wszystko, co najlepsze w kulturze i tradycji węgierskiej. Ale i przybrana węgierskość nie jest bierną asymilacją, lecz wzbogaconą o to, co cenne w polskości. Daje temu wyraz np. we wzruszającym wierszu Twoje słońce:

 

Odwiedzam cię kraju rodzinny nie wiedząc

gościem już tu tylko jestem czy i domownikiem.

[…]

Nie tęsknię za tobą, bo chociaż z dala

zawsze jestem z tobą w tym kraju drugim

co tobą mi pachnie, chociaż nie jest tobą.

O ciebie go powiększam, z tobą łączę stale,

więc jego dzieje są mi losem i twoim,

jego klęski i bóle jak by twoje były

lecz i jego słońce jest słońcem też twoim

(z tomu Powiększanie ojczyzny).

 

Słowa tego wiersza nie są bynajmniej tylko poetycką retoryką, lecz autentycznym wyznaniem tego, co autor faktycznie myśli, czuje i czyni w konkretnych swoich twórczych zachowaniach i dziełach z nich powstałych. A dzieł tych jest wiele. Składa się na nie obszerna eseistyka o tematyce zarówno historycznej jak i współczesnej z zakresu dziejów obu naszych narodów od ich początków do dzisiaj.

 

Nikt do naszych czasów, zarówno ze strony węgierskiej jak i polskiej, nie pokusił się, tak jak Konrad Sutarski, o przedstawienie istotnych związków, jakie miały miejsce w naszej tysiącletniej historii. Popularne porzekadło „Polak, Węgier – dwa bratanki…” doczekało się w jego twórczości przekonującego uzasadnienia. Ową twórczość autor określa jako dzieło nieprofesjonalnego historyka. I słusznie, bo ma ona charakter eseistyczny. To znaczy wyraża się w narracji zmierzającej do logicznych wniosków z przedstawionych faktów, pomijając to, co obowiązuje profesjonalnego historyka – uwzględnienie wszelkiej drobnej faktografii, w której może niestety stępić się wyrazistość i oczywistość stawianych tez ogólnych. Sutarski stawia tezy wyraźne, a nawet kategoryczne. Idzie mu o pragmatyczny cel: pokazać paralelność losów naszych państw i narodów, ich wzajemne powiązania w przyjaźni, zbieżność interesów i wzajemną pomoc w trudnych, często dramatycznych momentach. Takim momentem o wadze nie tylko narodowej, lecz i ogólnocywilizacyjnej była Bitwa Warszawska 1920 roku, która byłaby przegrana, gdyby nie bezinteresowna pomoc militarna Węgrów, o czym do niedawna polskie społeczeństwo nie bardzo wiedziało. Z kolei współcześni Węgrzy nie bardzo wiedzieli, że jedynie Polska nie ratyfikowała tragicznego dla ich narodu traktatu z Trianon. Uświadomił im to dobitnie dopiero „nieprofesjonalny historyk” – Konrad Sutarski. Można też powiedzieć bez większego ryzyka błędu, że w rozważaniach Sutarskiego nad historią Polski i Węgier zawarta jest dyskretna, ale wcale wyraźna idea mesjaniczna.

 

Miłość do obu narodów ułatwia mu dostrzeżenie podobieństwa ich losów w ciągu tysiącletniej ich historii stanowiącej zarazem czas drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijańskiej Europy. Oba te państwa i narody składają się na ofiarę dziejów chrześcijańskiej Europy. Dzięki ich dramatom i tragediom ona mogła zachować swą tożsamość.

Takie idee słabo zawoalowane można znaleźć w monumentalnym i pięknym dziele tego „nieprofesjonalnego historyka” zatytułowanym znamiennie: Zarys dziejów Polski z węgierskimi powiązaniami. Niezwykle oryginalne i ważne w naszej historiografii jest to dzieło. A tak samo ważne i odkrywcze dla Węgier.

 

Najważniejszym poznawczo motywem jego myśli i pióra w rozważaniach nad wspólnym losem naszych narodów jest motyw przedmurza chrześcijańskiej Europy, które przez wieki stanowiły te dwa państwa broniące swej tożsamości przed agresywnym islamem, z jego wielowiekową inwazją na chrześcijański kontynent. Z tym motywem wiąże się też drugi, melancholijny motyw – niewdzięczność ocalonej Europy wobec jej skutecznych obrońców, dzięki którym mogła rozwijać swój byt i wysoką kulturę. Wymowny w tej materii jest tytuł jednej z książek Sutarskiego: Polska i Węgry jako przedmurze chrześcijańskiej Europy w dawnych wiekach i dziś.

 

Ostatnie słowo tego tytułu jest niezwykle ważne. Właśnie, a jak to jest dziś? I tu pojawia się w jego eseistyce wzbogaconej o poetyckie ekspresje (o których trochę dalej), ten sam motyw zagrożenia Europy przed wojującym islamem i najściślej związany z nim drugi – niezwykle melancholijny – motyw bezradności współczesnej Europy, która zachowuje się wobec tego zagrożenia z zadziwiającą biernością, jakby pogrążona była w jakimś somnambulicznym śnie. Ale to już nie jest Europa chrześcijańska, lecz postchrześcijańska, obojętna wobec własnej duchowej tradycji i kultury. Przyjmuje wojujący islam nie jako zagrożenie tożsamości, lecz jako wyraz kształtowania się, czy zapowiedź nowej tożsamości. Tę Europę biorą w swoje posiadanie dwie siły; siły zewnętrzne (islam) i siły wewnętrzne… Jakie? O nich pisze i mówi Konrad Sutarski dobitnie i wprost, że stanowi je to wszystko, co składa się na ideologię globalizmu.

 

Poeta określa globalizm trzecim systemem totalitarnym – po komunizmie i nazizmie. Jest on, twierdzi, „sterowany przez międzynarodową elitę gospodarczo-finansową, usiłującą zawładnąć dotychczasową Europą, podporządkować ją sobie jak i resztę świata, uzależnić od siebie ekonomicznie, spłycić jej dotychczasową kulturę kosztem nowej, masowej, duchowo obcej, wreszcie zrelatywizować jej zasady etyczne”. Globalizm zatem w jego opinii jest równie destrukcyjny dla europejskiej cywilizacji jak islam, który jest kulturowo obcy i niezdolny do twórczego współżycia z kulturą europejską opartą na grecko-rzymskich i chrześcijańskich podstawach. Obie te siły stanowią zagrożenie dla chrześcijaństwa, a wraz z nim dla tożsamości cywilizacyjnej Europy ukształtowanej na jego normach i wartościach. Jedna przynosi bezgraniczny fanatyzm, niszczący wszystko, co od niej odmienne; druga – nihilizm niszczący samo człowieczeństwo.

 

Aby Europa nie straciła swojej tożsamości, potrzebne jest nie tylko przebudzenie jej świadomości co do stanu rzeczy, w jakim się znalazła (a z tym wcale nie jest dobrze), lecz i niezwłoczna czynna obrona przed groźnym wyzwaniem, jakie jej rzucają te dwie równie śmiertelnie groźne siły. I tu pojawia się, konsekwentnie, u naszego poety i myśliciela apel do wszystkich twórców kultury współczesnej, aby uznali za swój moralny imperatyw podjęcie misji obrony i ratowania europejskiej kultury przed najazdem niszczących ją obcych żywiołów. Szczególnie wzruszające są jego słowa, jakie kieruje do poetów i wszystkich ludzi pióra: „ludzie pióra powinni brać udział w tych zmaganiach, być w pierwszej linii obrońców cywilizacyjnych i etycznych wartości naszego kontynentu, gdyż właśnie oni, docierając w trakcie aktów twórczych niczym nie krępowaną wyobraźnią do samych głębin istnienia i posługując się językiem literackim, językiem poezji, jako mową szczególną, pełną duchowego dynamitu, są w stanie najskuteczniej poruszać serca i umysły, wzywać do działania”. Te słowa wziąłem z książki Sutarskiego Polska i Węgry w obronie Europy. Ukrywa się w nich romantyczna wiara w poezję i nadzieja na skuteczne jej działanie w wymiarze społecznym, czy nawet ogólnocywilizacyjnym.

 

Trudno podzielać tę wiarę poety, ale nie trudno ją podziwiać. Trudno podzielać, gdyż korozja naszej cywilizacji objawia się między innymi właśnie w zanikaniu siły słowa poetyckiego, jak zresztą wszelkiego słowa niosącego sacrum. Słowa straciły już siłę moralną i sakralną na rzecz banalnych informacyjnych funkcji praktycznych. Stąd między innymi bierze się kryzys religii, której formuły słowne przestały wprawiać ludzi w stan duchowego podniesienia. Stąd bliskie zanikowi zainteresowanie czytelnicze poezji, zwłaszcza współczesnej. Wiarę naszego poety, jego apel można by określić jako działanie duchowe z nadzieją, a choćby bez nadziei. Mimo wszystko bowiem piękny to apel.

 

Ważniejsze jednak od słów tego apelu czy manifestu, są oryginalne słowa poety jako poety, czyli jego utwory poetyckie. Wiele wierszy Sutarskiego – i to zwłaszcza tych, które powstały w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, zawiera ogromny ładunek niepokoju o los cywilizacji europejskiej. Co przyniesiesz wieku / ty dwudziesty pierwszy / jakie niespodzianki gotujesz nam jeszcze / ziemia już teraz cała drży w posadach (?) – pyta podniośle i retorycznie w wierszu W którą stronę zmierza świat. I dalej w tymże wierszu: jak cię zapamięta / historia i ludzkość / co zostanie się z przerażenia i zamętu. Jego niepokój o los cywilizacji świata nie ma jednak charakteru fatalistycznego. Bowiem świat znajduje się w rękach ludzi i od ich woli i mądrości zależy: bo świat sam iść nie potrafi / trzeba mu zawsze nadać kierunek (tamże). Poeta wierzy w możliwość zatrzymania procesów zagłady cywilizacji europejskiej. O tragicznym wydarzeniu jakie spotkało kulturę chrześcijańską czytamy w wierszu Pali się Notre Dame: Pali się Notre Dame płonie Europa / w płomieniach czezną historia i krzyże. Ostatnie słowa tego wiersza jednakże niosą nadzieję na ocalenie jeśli nie w sposób czystko naturalny, to może w sposób nadprzyrodzony: Boże chociaż płoniesz / użycz nam swej siły.

 

Konrad Sutarski już wcześniej, jeszcze zanim nastąpił zintensyfikowany wylew ciemnych sił przeciw religii chrześcijańskiej, jaki ma miejsce od kilkunastu co najmniej lat w Europie zachodniej, gdzie płoną chrześcijańskie świątynie, postrzegał zachodnią cywilizację bardzo krytycznie. Charakterystyczną cechą jego widzenia była konfrontacja jej oblicza z obliczem ziemi i czystej natury. Oto czytamy: Można nieraz zauważyć wysiłek ziemi / jak dźwiga się w górę / próbuje strząsnąć ciążące jej miasta […] / nie wierzy cywilizacji, naszym zaklęciom […] / zbyt nadmiernie narzucamy jej swe przymierze.

 

W czym tkwi błąd naszej cywilizacji? – W tym, że nie docieramy do obszaru ciszy i umiaru. Więc czasy nasze nie są „erą ciszy i harmonii”. Była to krytyka z punktu widzenia etyki i ekologii. On, poeta i inżynier, bronił czystości natury przed naporem technicystycznej cywilizacji. Teraz broni cywilizacji chrześcijańskiej przed obcą jej cywilizacją wojującego islamu i cywilizacją antychrześcijańskiego nihilizmu, który niesie teoretyczny i praktyczny materializm globalizmu i wszelkich jego pochodnych. Podstawowym więc stał się lęk przed upadkiem świata chrześcijańskiego z jego klasyczną duchowością przed ciemnymi apokaliptycznymi siłami, które przyjęły postać niekończących się tłumów / ludzi obdartych i zszarzałych / ciągnących zza mórz. I tu poeta zauważa ironię dziejów. Prawdziwa bowiem Apokalipsa miała wyglądać inaczej, bardziej tajemniczo i wzniośle. A tymczasem nie słyszymy żadnych grzmotów / ani tąpnięć ziemi / nawet gwiazdy nie spadają / piołun wód nie zakaża / tylko cisza zimna i głucha wokół się roztacza / drzewa stoją oniemiałe […] / a tłumy gestykulując nadchodzą.

 

Sutarski nazywa trzecim najazdem islamu na chrześcijański świat to, co się obecnie dzieje w związku z naporem mahometańskich ludów na kraje zachodniej Europy. Pierwszy miał miejsce u początków tej religii, która w militarny sposób podporządkowała sobie terytoria zamieszkałe przez chrześcijan na Bliskim Wschodzie, a także w Hiszpanii. Drugi to inwazja Turków zakończona ich klęską pod Wiedniem. A teraz mamy trzecią, pokojową inwazję islamskiego proletariatu – najgroźniejszą, bo trafiającą w próżnię religijną i moralną krajów zachodnich, które wykazują zadziwiającą bezbronność i – w co trudno uwierzyć – przyzwolenie.

 

Można powiedzieć, że poezja Sutarskiego jest poezją „zaangażowaną”. To ostatnie wyrażenie przywodzi na pamięć niesławne czasy socrealizmu pierwszej połowy lat pięćdziesiątych. Wtedy jednak wyrażenie to oznaczało zaangażowanie w pochwałę ideologii i polityki komunistycznej. Poezja Sutarskiego jest zaangażowana w wielkie sprawy współczesnego świata w imię wartości cywilizacji łacińskiej. A to diametralnie różne zaangażowanie. Tamto zostało odrzucone kategorycznie po Październiku ’56, po tzw. odwilży Gomułkowskiej, przez wszystkich twórców we wszystkich dziedzinach sztuki i literatury. Konrad Sutarski w tym gorącym popaździernikowym czasie został członkiem znanej grupy literackiej „Wierzbak”. Miała ona swój program. Wyrósł on na gruzach socrealizmu. Jego głównym punktem było odrzucenie fałszu w literaturze. Bo to właśnie on, ewidentny fałsz, cechował w istotny sposób całą twórczość literacką minionego okresu, doprowadzając ją do moralnego upadku. Zasadniczym postulatem teoretycznym „Wierzbaka” było głoszenie artystycznymi środkami prawdy o rzeczywistości realnej, złożonej z naocznych obserwacji faktów i społecznych zjawisk. Przez „rzeczywistość” rozumiano nie tylko to, co nas bezpośrednio otacza, ale i to, co wymaga myślenia pogłębionego, refleksji nad losem cywilizacji ludzkiej, ludzkiego świata. A dodać trzeba jeszcze i postulat prawdy psychologicznej i moralnej. Tak to w każdym razie zostało wyrażone w słowach naszego poety: „Poezja, która zamierza utrzymać swoją tradycyjną pozycję powiernika duchowego człowieka, powinna proponować mu więcej aniżeli chwile odprężenia estetycznego. Do obowiązków jej powinno należeć […] wytyczanie ścieżek etyki”. I dalej: „Ważne jest, aby gruntownie interesowała się problematyką wstrząsającą światem, próbowała znajdować spójne z nową myślą naukową i społeczną – ale samodzielne swobodą artystycznej wyobraźni – rozwiązania kwestii nurtujących tak pojedynczego człowieka w tłumie, jak i całą ludzkość” (Możliwości i prawa poezji, w: Zanim zmierzch zapadnie, s. 110-111). I tej zasadzie, i temu powołaniu poety Konrad Sutarski wierny jest od czasów młodości do dziś.

 

Był w jego biografii poetyckiej okres fascynacji techniką i nauką jako rzeczywistościami godnymi poetyckiej penetracji współczesnego świata. Chodziło o to, aby współczesna poezja nie odrywała się do tego, co oferuje współczesna cywilizacja. Taka postawa mogła przywodzić na myśl lub być echem literatury okresu socrealistycznego z jej zaangażowaniem w problemy industrialne, a także mogły w niej pobrzmiewać echa przedwojennej Awangardy z jej kultem trzech „m” – „miasto, masa, maszyna”. Różniła się jednak od nich w sposób zasadniczy. Bo od pierwszej tym, że odrzucała ideologię polityczną, a od drugiej tym, że nie podzielała bezkrytycznego światopoglądu scjentystycznego i obojętności etycznej. Taka postawa poety przyniosła szereg oryginalnych pod względem treści utworów poetyckich. Ale treść w nich górowała nad formą (by użyć tu tradycyjnego szkolnego języka).

 

Tym eksperymentalnym w istocie utworom nacechowanym wyrazistą konkretnością i prześwietlonym trzeźwym, rzec można nawet, inżynierskim oglądem rzeczywistości można przeciwstawić wczesną lirykę Sutarskiego – lirykę inspirowaną nie intelektualnymi, a emocjonalnymi przeżyciami – miłością. Są to wiersze zalecające się niezwykle subtelnym liryzmem, na który składa się głównie wdzięk i językowa pomysłowość. Są w nich frazy godne najlepszej poezji czystej. Spójrzmy na nie. Czyż nie świecą blaskiem jubilerskiej pracowni?

 

nazywają cię miłością

a jesteś jabłkiem tryskającym sokiem w ustach dziecka

(Liść człowieka)

 

dotknięciem nie poznaje się milczenia

(Dotyk dłoni)

 

na ulicach zostają po nas krople rozmów

(Kapliczki)

 

jak biedronka

za chwilę zaczniesz zmieniać się w słońce, w deszczu,

w moje słońce, mój deszcz

(Biedronka)

 

poranne mgły

powoli otwierasz popielate stawy oczu

(Chochoły)

 

Kiedy poznałem cię, zobaczyłem, że jesteś

łagodnym płomieniem,

że przy tobie cichną nawet

liście wikliny

(Konfesjonał)

 

Wiersze te, z których wyjęliśmy najpiękniejsze i najdelikatniejsze frazy przywodzące w swej delikatności japońskie haiku, stanowią jak gdyby drugi biegun estetyczny poetyckiej twórczości naszego poety, pięknie kontrastując z biegunem jego liryki obiektywnej, wyrażającej się w refleksji nad losem współczesnej cywilizacji europejskiej i chrześcijańskiego świata – jej źródła. Jest w nich upragniona cisza i harmonia, tak jak w tamtych lęk i dramatyczne wołanie o ocalenie. Szkoda, że poeta do tego stylu młodzieńczych zachwyceń nigdy już nie powrócił.


Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że niezwykle ważny jest ten jego kasandryczny głos poety i intelektualisty, który pojawił się w Europie Środkowo-Wschodniej, choć poza granicami Polski, bo do tej pory jakoś nie było słychać w naszym środowisku literackim z taką siłą i wyrazistością wypowiadanych sądów o dramacie naszych czasów. Konrad Sutarski ratuje, rzec można, honor i wizerunek współczesnego polskiego pisarza.

 

 

Kazimierz Świegocki

Piórem Kazimierza Świegockiego:

O ciszy

Od muzyki piękniejsza jest tylko cisza  

(zasłyszane)

 

Cisza jest naturalnym symbolem nieskończoności. Nie da się określić jej granic, a istotą nieskończoności jest właśnie bezgraniczność, bezkresność. Cisza jest wewnętrznie niezróżnicowana, jednorodna, monotonna, jednowymiarowa, jakby z jednej czystej odlana substancji.

 

Hałas to coś, co można zrozumieć tylko w odniesieniu do ciszy, gdyż hałas to ciszy zakłócenie, odebranie jej owej jednostajności, czystej całościowej jednakowości. Hałas posiada granice. I  to wyraźne. Dostrzegamy je w miejscu, gdzie styka się z ciszą i  rozbija się o nią. Właśnie cisza jest zawsze jego granicą. Nie może się hałas rozlegać w nieskończoność. A cisza może. Zawsze gdzieś wyczerpuje się jego trwanie i gaśnie. Cisza nie gaśnie nigdy. Zawsze ją można myślą wykryć poza hałasem. Im większy hałas, tym większa za nim stoi cisza. Doświadczamy tego, gdy wielki hałas nagle ustaje.

 

Wtedy też uświadamiamy sobie, że naturą rzeczy, istotą świata jest cisza, a hałas jedynie przypadłością – powstającą w czasie i w czasie ginącą. Cisza zaś trwa ponad czasem. Jest przecież niezmienna, więc czas, będący miarą wszelkiej fizycznej zmiany, jej nie dotyczy. Nie podlegając czasowi, cisza jest domeną wieczności. I nie wydaje się być w błędzie ten, kto wyobraźnią pojmuje ją jako swoisty ogród, w którym wszelkie byty pojedyncze owocują własną dojrzałością, a byt w sensie kolektywnym – uniwersum wszelkich rzeczy, znajduje w niej swój najgłębszy fundament, oparcie i tło.

 

Można o niej powiedzieć i to, że jeśli byt ostateczny istnieje poza czasem i przestrzenią, więc nie ma w nim czasu, ani przestrzeni, a zatem i zmiany żadnej, ni związanego ze zmianą ruchu i wynikającego z ruchu głosu żadnego, ni tego, co tu nazwaliśmy hałasem, a my mimo to, chcielibyśmy sobie jakoś możliwie obrazowo przedstawić bycie owego Bytu, to doświadczenie ciszy, zmysłowe jej odczuwanie i jakiś wewnętrzny enigmatyczny jej ogląd, który w nas żyje, może nasunąć spontaniczną myśl, że cisza jest najwierniejszym z dostępnych nam obrazów Bytu.

 

Kto wie, czy daleko odeszlibyśmy od prawdy, jeśli wielkie malarskie pejzaże tak byśmy postrzegali, jakby wszelkie przedstawione na nich rzeczy stały w opozycji do ciszy, która rozpościera się za nimi, znikając gdzieś w czeluści poza rzeczywistością płótna, ram i całego obrazu, jakby rzeczy te były wynaturzeniem ciszy, jakimś ontologicznym hałasem, który został po to jedynie przywołany i uobecniony, ażeby obwieszczał ciszę – wieczne świętowanie bytu i bytu najczystsze tworzywo.

 

Może więc błogosławiony Giotto, ekstatyczny El Greco i wielki Rembrandt, a także urzeczony boskością przyrody Hugo Caspar Friedrich nieświadomi tego, w natchnieniu swoim malowali nie tyle drogie ich sercom i umysłom postaci ludzkie i przedmioty tego świata, co ową Wielką Ciszę, której nieskończoności nie sposób przedstawić naocznie, a którą można jedynie wskazać milczeniem jako odwieczną obecność tej głębi, z której nic się nie wynurza i do której nic nie powraca, choć wszystkie widzialne rzeczy tylko dzięki niej możemy widzieć jako istniejące dla naszych nietrwałych spojrzeń i dla myśli szukającej w ich pojawach – bytu.

 

Może też muzyka, nawet ta największa i najświętsza – muzyka gregoriańskiego chorału jest owej ciszy zakłóceniem? Mieszkająca na jej obrzeżach, pokorna wobec jej milczenia, usiłuje świadczyć jej obecności słowem poruszającym boskie struny powietrza, słowem posłusznym światłu gwiazd i przemieniającym je w światło miłości. Gregoriańska muzyka aniołów zamienionych przygodnie w ludzi, wołająca o powrót do Pana! Może nawet ta muzyka jest ciszy owej zakłóceniem? Muzyka Wielkiego Powrotu, muzyka rozpalonych do świętości gwiazd!

 

Cisza jest zatem syjamską siostrą wieczności. Bije w nich jedno serce wszechrzeczy. Bije rytmem znoszącym wszelkie przeciwieństwa, także przeciwieństwo początku i końca, nicości i bytu.

 

Tylko świat rzeczy daremnie szuka ukojenia. Jego wzburzony hałas rozbija się jak niedorzeczne morze o brzegi wiekuistej ciszy.

Kazimierz Świegocki