Truszczyński

Stefan Truszczyński

Stefan Truszczyński, fot. © Ireneusz St. Bruski

Głuche radio

Ślepy telewizor i głuche radio – dobrana para.


Ale się porobiło!


*

 

Siedzę w kącie dużego pokoju u Pani Zofii Eichler w domy przy ulicy Piwnej w Warszawie. Na stancji, student Polonistyki. Siedzę z otwartą gębą i słucham. Jeszcze rządzi Gomułka, ale Gierek już się czai. Peroruje guru tych spotkań Stefan Bratkowski. Wtedy number one publicystyki. Dookoła dużego ciężkiego stołu mecenas Tadeusz de Virion – wielka postać i fizycznie i wśród członków palestry, Jerzy Zieleński – popularny wówczas pisarz dziennika podróżnik, Gustaw Holoubek – aktor obezwładniający, Juliusz Owicki – dyrektor Teatru Polskiego Radia podobnie jak mecenas o szlachetnych rysach i wysokiej posturze (b.z. – to skrót wyróżniający byłych ziemian). I jeszcze kilku innych radiowców, publicystów, krytyków sztuki, dziennikarzy. Prawdziwa elita.

 

Wówczas jeszcze telewizja nie rządziła. Pracować w Polskim Radiu to było szczególne wyróżnienie. Gdyby namalować poczet tych ludzi zaczynając od Witolda Hulewicza twórcy radia z wileńskim rodowodem, kontynuując poczet odważnych i wiernych powołaniu, tych na przykład którzy zostali w studio warszawskim aż do wtargnięcia tam niemieckich żołdaków: Edmunda Rudnickiego, Władysława Szpilmana, Jeremiego Przybory, Jerzego Wasowskiego. Trzeba też umieścić wśród portretów wybitnych radiowców z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

 

Dziś Polskie Radio, które osiągnęło dno słuchalności (5 proc. – Jedynka, 3 proc. – Trójka) nie pamięta już o Hulewiczu. Cwałując przez decydenckie stołki i kierownicze stołeczki ludzie mierni, bierni ale oczywiście wierni zawsze aktualnym dysponentom, zapominają o mistrzach dawnych lat. Prezesi zmieniają się jak w kalejdoskopie i uciekają jak ci w ’39, gdy hordy teutońskie zbliżały się do Warszawy i pierwsi wywiali najważniejsi. Teraz tych z góry wyrzuca bezkompromisowo, mailem lub smsem partyjna łapa nie licząc się z opinią społeczną i popularnością wśród słuchaczy. Murzyn zrobił swoje, murzyn niech sobie pójdzie precz: „tyle jest teraz możliwości, jeśli zawodnik jest dobry to się przebije i jeszcze lepiej zarobi”. Nic to, że firma straci. Czołowe radia komercyjne w Polsce osiągają 25-15 proc. słuchalności. Nowy prezes-prezeska ma miotłę więc wymiata.

 

Po co radiu elegancja Tadeusza Sznuka, jego wiedza i kultura wrodzona. Po co lekkość żartu Wojciecha Manna, dociekliwość autorów reportaży z redakcji byłej szefowej Piłatowskiej.

 

Moloch przy Malczewskiego to wielkie gmaszysko. Więziono w jego piwnicach politycznych męczenników. Przez redakcyjne pokoje i studia przechodzili liczni dziennikarze i technicy. Tu powstało tysiące audycji, słuchowisk, akcji społecznych, śledzonych przez miliony słuchaczy. Najwybitniejsi z polskich aktorów zawsze podkreślali: kocham Polskie Radio! Właśnie samym głosem ale ułożonym i zawodowo prowadzonym można uzyskać więcej niż dosłownością obrazka, nawet podkolorowanego.

 

„Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” śpiewa umiłowana blondyna polskiej piosenki.

 

A radiowcy są?

 

Oczywiście to normalne, że młodzi napierają. Ale nie ma hop-siup. Trzeba popracować, poćwiczyć. Ważne, by było od kogo się uczyć.

 

Kiedyś na straży w Polskim Radiu stał ogromny facet, który w dodatku sam lektorzył. Miał warunki – bo prawie dwa metry wzrostu, silny głos i naturalny spokój mistrza. Zdobyć kartę mikrofonową było trudno.

 

Dziś polityczny telefon uwalnia od konieczności poddawania się tej próbie. Ci, którzy mają występować w radiu i telewizji nie muszą przechodzić żadnych egzaminów. Włażą po prostu do studia, jak ciężarne, bez kolejki. Rezultat – słychać. A w telewizyjnym lufciku nawet widać. Dobrze, że nie ma kanału węchowego – bo byłoby i czuć.

 

Witolda Hulewicza tak jak i Janusza Kusocińskiego, mistrzów w swoich dziedzinach można znaleźć wśród grobów pomordowanych w Palmirach. Gdyby choć trochę wzorowano się na radiowych mistrzach z tamtych lat komercyjne stacje przepełnione reklamowym wrzaskiem byłyby gdzieś bardzo daleko w rankingu słuchalności. Redaktorzy „jedynki”, „dwójki”, „trójki” chodziliby dumni i weseli.

 

Gmachy radiowe i telewizyjne są gabarytowo przeogromne. Ale to dziś puste gmaszyska. Przemykają tam z papierkami przestraszeni ludzie, bo nikt nie zna ani dnia ani godziny. Oczywiście te instytucje trwać będą i powinny pełnić ważne funkcje. Powinny być rzecznikiem obywateli. Niestety wyrwano im serce.

 

*  *

 

Cienie zapomnianych przodków. Jerzy Waldorff zajął się Powązkami. Słusznie przewidywał, że jego łatwość narracyjna, tubalny głos i gęstość słowa nie będą doceniane przez zwolenników Zenka. Bohdan Tomaszewski mówiłby nam długo jeszcze o Agnieszce Radwańskiej a teraz mądrze wprowadzałby nową mistrzynię kortu Igę Świątek (pierwszy wywiad dała w TVN!). Szurkowski nadal by pedałował, a Dejna strzelał gole. Trzeba o nich pamiętać. Tymczasem znakomity film dokumentalny o Ryszardzie Szurkowskim, autorstwa Zbigniewa Rytela, nie może doczekać się emisji.

 

Dziennikarze radiowi to pośrednicy między tym, co się dzieje a wyobraźnią słuchacza. Nie szanuje się szarego ludu radiowego. Ci z nominacji politycznych niewiele wiedzą, niewiele zrobili. Ich dorobek to przede wszystkim finansowy urobek. Natomiast wyrobnicy są na łasce decydentów. No, niestety często się łaszą. Po prostu z głodu. Oczywiście są i ludzie z charakterem i niezależni, ale im do mikrofonu trudno się dostać. Wysyła się takich na dworzec, by zapowiadali przyjazdy pociągów, albo ogłaszali informacje o przystankach w metrze.

 

Łatwo jest kupować gotowe formaty, chociaż kiedyś sami je wymyślaliśmy. Dziś zakupy zagraniczne to również nagrody dla kupujących.

 

Radiowe głosy z przeszłości będą na pewno coraz lepiej rekonstruowane i zabezpieczane – audiowizualnie i narodowo. Obawa jest tylko taka, że może pojawić się hojna ręka z zagranicy oferując zakup taśm. Tak jak to się stało z „Polskimi Nagraniami”.

           

I co z tego że Hulewicz przewróci się w grobie.

Palmiry odwiedzane są coraz rzadziej. Jedźmy! Niestety nikt nie woła!

Oby nazwa Polskie Radio znów brzmiało dumnie!

 Stefan Truszczyński

Grób Witolda Hulewicza na cmentarzu-mauzoleum w Palmirach, fot. © Bartek Lewandowski