XII edycja Nagród
im. Witolda Hulewicza

Nagrody godne Patrona

 

 

W połowie grudnia 2007 roku zostały przyznane i wręczone nagrody im. Witolda Hulewicza. Po raz dwunasty – dodajmy, co graniczy z heroizmem, jak zaraz wyjaśnię. Zanim powiem kilka słów o niezwykłym patronie nagród, muszę zacząć od tego, kto w ogóle je wymyślił, stwarzając jedną z nielicznych alternatyw dla kilku funkcjonujących w Polsce dorocznych nagród literackich (nagrody im. W. Hulewicza nie są wyłącznie literackie) na ogół „dla jakichś swoich”. Był to i do dziś przewodniczy kapitule nagród – Romuald Karaś, znany dawniej reportażysta, twórca i właściciel (nie rozporządzającej żadnymi pieniędzmi) Oficyny Dziennikarzy i Pisarzy „Pod Wiatr”, autor czterech tomów Antologii wileńskiej (tom piąty pt. Kres w przedłużającym się – z braku środków – przygotowaniu), wydawca ponad 50 tomików poetów zza wschodniej granicy, głównie wileńskich, niestrudzony odkrywca i admirator odradzającej się na dawnych Kresach polskiej kultury literackiej.

 

Nagrody, które przyznaje kapituła pod przewodnictwem Romualda Karasia, nie są bogate, a właściwie są zupełnie biedne w sensie materialnym. Przyznanie ich poprzedzone jest całorocznymi próbami wyżebrania – niemal dosłownie – jakichś znikomych pieniędzy, których zazwyczaj, przy najskromniejszym podziale i tak nie starcza dla wszystkich. Ale nagrody te mają coś bezcennego – wysoki prestiż oparty na tym, że są przyznawane za rzeczywiste i szczególnie wartościowe działania ich laureatów, a przy tym zgodne są w jakiś sposób z duchem ich patrona.

 

Przywołajmy więc zapomniane nieco imię Witolda Hulewicza i jego twórczy dorobek. Nasuwa się refleksja, iż w wolnej już od 18 lat Polsce pewne tradycje i pewne postaci podlegają zupełnemu zaniedbaniu i zapomnieniu, mimo że są ludzie, którzy czynią wysiłki, ażeby temu przeciwdziałać. Ale dzieje się to w jakichś głębokich, dla ogółu niedostępnych, niszach. O Witoldzie Hulewiczu powstał kilkanaście lat temu film pt. Inny autorstwa Romualda Karasia i jego córki Agnieszki, która ponadto napisała o Hulewiczu książkę pt. Miał zbudować wieżę. Film kilkakrotnie pokazała Telewizja Polska, jego współproducent, książka wyszła w nikłym nakładzie i W. Hulewicz jest nadal postacią zapoznaną. A był to – jak mawia nasz niezwykły poeta, biskup Józef Zawitkowski – Ktoś. Ktoś, co się zowie.

 

Wielkopolanin wywodzący się z rodziny ziemiańskiej, wcielony do armii niemieckiej w wieku 19 lat, tłumaczył w okopach niemieckich ekspresjonistów i Rilkego i przesyłał te wiersze bratu Jerzemu, redaktorowi i wydawcy „Zdroju” (wychodzącego od 1917 do 1921 roku). Walczył w Powstaniu Wielkopolskim w 1919 roku, debiutował tomem poezji pt. Płomień w garści (1921), następnie napisał świetną książkę o Beethovenie zatytułowaną Przybłęda Boży. Dalej przekładał Goethego, Rilkego, Rabindranatha Tagore. W latach dwudziestych stał się jedynym w Polsce, autoryzowanym przez Poetę, tłumaczem Rilkego, przełożył m.in. jego słynną autobiograficzną powieść pt. Malte. Pamiętniki Malte Lauridsa Brigge. W tym samym tłumaczeniu wyszła książka austriackiego poety po wojnie, w 1979 roku, w czytelnikowskiej serii „Nike”, co dowodzi, że przekład ma wartość ponadczasową…

 

Ale oto w 1926 roku, na całe dziewięć lat Wielkopolanin przedzierzga się w prawdziwego Wilniuka, animatora kultury wileńskiej. Między innymi odkrywa celę Konrada w klasztorze Bazylianów i organizuje tam tzw. „Środy literackie”, w których uczestniczą wybitni literaci z kraju i zza granicy, nawet Gilbert Keith Chesterton. Pełni funkcję kierownika literackiego Teatru „Reduta” Juliusza Osterwy, organizuje wileńską stację Polskiego Radia, gdzie zatrudnia m.in. Konstantego I. Gałczyńskiego i Czesława Miłosza. W 1935 roku przenosi się do Warszawy, nadal pracuje w radiu, zajmując się m.in. teatrem Polskiego Radia. To on nazwał ten teatr „teatrem wyobraźni”. W 1939 roku m.in. przemawia po niemiecku do żołnierzy Wehrmachtu oblegających Warszawę, a wkrótce potem, po kapitulacji, zaczyna jako pierwszy wydawać pismo podziemne pt. „Polska żyje”, tzw. popularnie „Peżetkę”, którą po jego śmierci redagowała m.in. Zofia Kossak. Aresztowany w 1941 roku, torturowany przez gestapo, nikogo nie wydał. Rozstrzelany w Palmirach 12 czerwca 1941 roku.

 

Przejdźmy teraz do najnowszej edycji tych Nagród. 

 

Nagrodę Główną otrzymała, jakże zasłużenie, znakomita pisarka, reporterka, dramaturg radiowy, autorka sławnej Pasażerki, wedle której swój niedokończony, ostatni film nakręcił Andrzej Munk – Zofia Posmysz. W końcu lat 90. wydała ona wstrząsającą, niewielką objętościowo książeczkę, rzecz pomiędzy reportażem a powieścią, pt. Do wolności, do życia, do śmierci, będącą opowieścią o dalszych losach bohaterek Pasażerki. Jest to historia powojennej wędrówki do domu grupy kobiet i dziewcząt z obozu koncentracyjnego w Neustadt-Glewe, przez tereny „wyzwolone” przez armię czerwoną, której żołnierze czyhają na nie niemal na każdym kroku, by je zgwałcić i zabić. Idą do wolności przez gwałt, śmierć i nieprawość – jak trafnie napisał o książce jej wydawca (Wydawnictwo von borowiecky). Andrzej Mularczyk w swej laudacji powiedział, że nagroda została przyznana Zofii Posmysz „za życie godne ideałów wyznawanych przez Hulewicza”.

 

Nagrodę Honorową przyznano Wiesławowi Ochmanowi, ale nie za działalność artystyczną, lecz za promowanie polskiej kultury za granicą. Artysta od 30 lat organizuje w Ameryce aukcje dzieł sztuki, z których dochód przeznaczony zostaje na wsparcie polskich instytucji kulturalnych, w tym na działalność Muzeum Mickiewicza w Wilnie, dzięki czemu właściwie uratowano jego istnienie, a nawet powiększono powierzchnię, wykwaterowywując dozorcę, któremu można było w ten sposób zapewnić inny lokal. Ochman zgodził się przyjąć nagrodę pod warunkiem, że będzie ona w pełnym tego słowa znaczeniu honorowa, czyli bezpieniężna.

 

Kolejną laureatką została Irena Piłatowska, otrzymując tzw. Szczególne Wyróżnienie, za cykl reportaży radiowych. Krzysztof Czabański nazwał ją w laudacji artystką reportażu. W swych audycjach środkami radiowymi pokazała ona m.in. dramat Kosowa i Czeczenii, przypomniała postać gen. Józefa Bema, bohatera dwóch narodów, polskiego i węgierskiego.

Kolejne Szczególne Wyróżnienie przypadło w udziale doktorowi Zdzisławowi Bieleniowi z Lublina, bibliotekarzowi, który opracował najpierw temat grobów powstańczych z 1863 roku (odnalazł ich około 150, więcej jest tylko we Lwowie), a następnie napisał i wydał rzecz o generale Michale Heidenreichu-„Kruku”, naczelniku powstańczym Lubelskiego, zatytułowaną Zwycięzca spod Żyrzyna. „Kruka” jako dowódcę powstańczego wysoko cenił wielki admirator i zarazem krytyk Powstania Styczniowego, Józef Piłsudski.

 

Alwida Bajor, autorka drukowanego w „Magazynie Wileńskim” cyklu reportaży pt. Na tropach bohaterów opowieści Józefa Mackiewicza to kolejna laureatka Szczególnego Wyróżnienia. Jak powiedział wygłaszający laudację Kazimierz Orłoś, dokonała ona pewnych odkryć dziennikarskich, zwłaszcza dopełniających charakterystyki Feliksa Dzierżyńskiego, który m.in. miał nie dopuścić do sowieckiego zamachu na Józefa Piłsudskiego, jak również przyczynić się do zwolnienia z bolszewickiego więzienia Wieniawy-Długoszowskiego. Bajor zaznaczyła jednak, że nie należy z tego wnosić, iż Dzierżyński był polskim Konradem Wallenrodem. Pozostaje on bolszewickim fanatykiem, który wierzył, że swymi krwawymi poczynaniami realizuje raj na ziemi…

 

Szczególne wyróżnienie otrzymał również prof. Włodzimierz Pawluczuk, literat i socjolog, autor Judasza, a także prac z zakresu socjologii kultury.

 

Wśród nominowanych warto wyróżnić Stanisława Stanika, autora książki o Jerzym Szaniawskim pt. Samotnik z Zegrzynka oraz Mścisława Lurie, autora publikacji dokumentujących zbrodnie popełnione na początku sierpnia 1944 roku przez Niemców i formacje ukraińskie na Woli. Ich autor miał się w ogóle nie urodzić, jego matka z nim w ciąży znalazła się wśród rozstrzeliwanych, lecz została jedynie ranna i po odejściu morderców wydostała się spod stosu trupów. W masakrze na Woli zginęło wiele dzieci. Nie miały one takiego wyjątkowego szczęścia jak Lurie, który chce ocalić ich pamięć i domaga się napiętnowania zbrodniarzy.

 

Jak zatem widać Nagrody im Witolda Hulewicza wydobywają z zamilczenia lub całkowitego niebytu autorów i prace mówiące prawdę o naszej straszliwej przeszłości, o dzielności i odwadze nieznanych bohaterów, o martyrologii i nieustępliwej walce, o prawdziwych polskich tradycjach i o różnych barwach polskości. Jest to standard tego przedsięwzięcia. 

Jerzy Biernacki